Zakaz narzekania!

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Pójdę za ciosem, a co. Po lekturze wczorajszego wpisu znajomy zapytał mnie, czy w Australii żyje mi się lepiej niż w Polsce. Bez mrugnięcia powieką odpowiedziałam, że tak, ale dopiero chwilę później zastanowiłam się dlaczego. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, ze doczekałam takiej chwili, że nie mam na co sobie ponarzekać. Oboje z P. uczciwie pracujemy, płacimy podatki i należymy do poczciwej średniej klasy.

W Polsce też biedy nigdy nie klepaliśmy, oboje mieliśmy pracę, no więc do czego by się tu przyczepić…hmmm… A do tego np., że porównując w skali 1:1 z polskiej wypłaty za litr benzyny płacić musiałam 5, a w Perth 1,7. Z ciekawości porównałam też ceny samochodów i prawie zemdlałam, bo okazuje się, że w Polsce Toyota Rav4 z 2008 roku to wydatek rzędu ponad 50 tysięcy, podczas gdy w Australii 20… (Nie będę sobą, jeśli nie wspomnę, sól ci tu karoserii nie zeżre i opony nie przebijesz na dziurawej jezdni). Ludzie tak samo mają kredyty na nieruchomości, ale nie pochłania im to całej pensji. Kolejne przykłady mogłabym przytaczać przez co najmniej godzinę, ale szanuję czas Wasz i swój.

Ostatnio wszędzie słyszę, że i Australię ogarnął kryzys gospodarczy i powstał sztuczny obraz nędzy i rozpaczy. Ja bym sobie życzyła takiego kryzysu w Europie :-) Przeciętnego Australijczyka stać, żeby przynajmniej raz w roku wyjechać z rodziną na wakacje jak Pan Bóg przykazał. (Może dlatego oni zawsze są zadowoleni?) Uśmiecham się przekornie, kiedy słyszę, że w Australii wszystko takie drogie…  Jeżeli mieszkasz w Australii i chce ci się rano zwlec tyłek z łóżka do pracy, to z głodu nie umrzesz :-) Owszem, jeśli przeliczysz walutę to jest to dla Polski niekorzystne. Po przyjeździe do Perth patrzyłam na ceny przecierając oczy, bo wydawało mi się, że śnie (i bynajmniej nie byłam w raju), ale moi drodzy, to w Polsce życie jest drogie, nie tutaj!  Porównanie zarobków i wydatków jest co najmniej niekorzystne i wcale nie daje mi dzikiej satysfakcji pisanie o tym, ale na odległość jest to coraz bardziej widoczne. Ja wiem i jeszcze pamiętam, że w Polsce bywało gorzej. Wczoraj przeczytałam w wiadomościach, że rok 2013 był okresem drugiej fali emigracji młodych ludzi z Polski, czemu się nie dziwię. Smutno mi, że moja przyjaciółka pracując od nastu lat w tej samej firmie na (powiedzmy) wysokim i szanowanym stanowisku nie może do mnie przyjechać na wakacje :-(,
ale ona przynajmniej nie narzeka i stara się to zmienić.

Można się karmić nawzajem jadem i frustracją, żyć katastrofą lotniczą, wypowiedziami głupich posłanek i spawami pedofilów opuszczających więzienie, ale po co? Polska nie jest beee, ja tego nie powiedziałam i nigdy tego ode mnie nie usłyszycie, ale jeżeli Wam się w Polsce nie podoba to nikt Was na siłę nie trzyma, jeśli nie Australia, to przynajmniej Europa otworem stoi :-)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Zakaz narzekania!

  1. ~Kamil pisze:

    Grunt to nie narzekać, nasz kapitalizm jest młody i pewnie jeszcze z 10 lat minie kiedy przestanie opierać się na wyzysku.

    Z tą RAV4 to mnie zaskoczyłaś, ze tam taka tania, znam ich ceny bo przymierzałem się do kupna, bo do pracy by się taka pseudo – terenówka przydała.

  2. ~Majki pisze:

    To może przynajmniej na pogodę byś ponarzekała?;)

    Pozdrawiam
    Michał

  3. ~e pisze:

    Napisałem kiedyś list do Wałęsy. Myślę (może nie właściwie?), że treść tego listu, w jakimś stopniu nawiązuje do treści tego, co przeczytałem powyżej.
    Jeśli zanudziłem sorry.

    Treść listu:
    Cześć Lechu!
    W dniu urodzin, życzę Ci wszystkiego najlepszego – obyś, nadal był tym, kim jesteś. – Chociaż, rozumie Cię… – nie ten wzrok i nie ta kondycja.

    Pisze ten list dlatego, że jestem Ci zobowiązany podziękować za to, ze jestem tu, gdzie jestem.

    Pracowałem jako kierowca w PEKAESe w Błoniu. Wracałem ze Szwecji, będąc już w okolicach Wałcza usłyszałem w radio wasza naradę w Radomiu i… – uznałem, że czas najwyższy brać nogi za pas i wiać z Polski. – Nie, nie należałem do „chlebnej” ani żadnej innej partii. Po prostu ton wypowiedzi działaczy, zmobilizował mnie do działania.

    27 listopada 87. pojechałem na wycieczkę do Grecji. Po 7 miesiącach pływania w mętnych wodach wykonałem skok przez Atlantyk i osiadłem tam gdzie planowałem, czyli w Kanadzie. Wówczas tysiące było takich jak ja. Wiem co mowie, widziałem.

    Emigracja, to nie jest coś, co nadaje się dla każdego ale dzięki sprzyjającym okolicznościom bywa, że się udaje, czego jestem przykładem.
    Pierwsze miesiące emigracji bywają naprawdę trudne. Nie jestem kameleonem, ale należę do tych, co dość szybko się aklimatyzują z otoczeniem i cierpią w ciszy nostalgię za Oj – czyzną, która dopiero na pierwszej wizycie w trzecim tygodniu jej trwania w Polsce – po 8 latach życia na emigracji, poczułem, że nie jestem już emigrantem a kanadyjski dach nad głową jest tym WLASCIWYM moim dachem.

    Tylu ich znalem (z upływem czasu, tęsknota zamienia się w nostalgie), emigrantów żyjących każda nogą w innym świecie, takich, co jeżdżą do Ojczyzny na wakacje. Są to tacy, którzy tęsknią strasznie za Polską i chcą wracać, ale jak tylko pojadą na ten miesiąc wakacji, to tęsknią strasznie by wracać z powrotem do DOMU. Mój dom w „GTA” (Greater Toronto Area) jest moim domem. Czego chcieć więcej. Spędzone tu lata uważam za najlepsze jakie mi się przydarzyły, a jeśli miałabym umrzeć jutro uważałbym nadal że wyjazd z Polski był najlepsza rzeczą jakiej w swoim życiu dokonałem. Oswajanie nowych terytoriów trwa czasem dłużej, czasem krócej. Dość szybko oswoiłem się z miejscem które lubię, bez tego, zawsze trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie płotu.

    Znam i takich, którzy nie wracają bo ich wiza dawno straciła ważność, wiec wyjazd oznacza opuszczenie tego kraju na zawsze.
    Siedzą tu nadal nielegalni, obiecując sobie, że jeszcze tylko kilka tygodni, jeszcze kilka dolarów na koncie i już koniec tej męki. Wreszcie wyjada, na zawsze.

    Jedni i drudzy i trzeci – jakkolwiek ich sytuacje dzielą lata świetlne, kiedy myślą dom, myślą o innym miejscu, innym kraju. Choćby siedzieli tu niewiarygodnie długo. Wracają, czasem na stare lata dopiero. W niejednym przypadku wyjeżdżają ci co emigrację traktują jako stacje przesiadkowa, epizod, szanse na ekonomiczne odkucie się, nauczenie czegoś, zobaczenie innego świata. Ale i ci, pełni energii i ciekawości załamują się kiedy okazuje się, że bez względu na bagaż umiejętności i doświadczeń w nowym kraju, trzeba zacząć wszystko od zera.

    Wracają zdolne, wykształcone dziewczyny zmęczone praca sprzątaczki czy kelnerki, która okazała się być jedynym dostępnym sposobem zarabiania na życie, i ci, co po wielu latach, nieraz wypełnionych sukcesami zawodowymi i osobistymi, nie potrafią odnaleźć się w kraju, który na zawsze pozostanie obcym. Czasem potrzeba masy czasu by zrozumieć, że Polska jest prawdopodobnie jedynym na ziemi krajem, gdzie obcych traktuje się lepiej niż swoich i nawet długie lata przeżyte tu, nie gwarantują wpasowania się w długi ciąg ludzkich pokoleń które ten kraj tworzą. Że nie wystarczy umieć odpowiedzieć bezbłędnie na wszystkie pytania w teście na obywatelstwo by przynależeć, być częścią, być u siebie. Są tu w miejscu które wybrali z takich czy innych powodów, bez względu na to skąd pochodzą i co tu przeżyli, tęsknią za zbieraniem grzybów w lubuskich lasach. Za domowym drim-sum i pora deszczowa na Tajwanie. Za gremialnym szaleństwem małomiasteczkowych Oktoberfest. Za dziadkiem w Pendżabie którego pewnie już nie zdążą zobaczyć. Za pewnym magicznym miejscem w parku miejskim w Belfaście o którym nikt nie wie…

    Paradoksalnie, to zwykle małe rzeczy budzą najwięcej tęsknot. Ci co mówią że chcą wracać nie używają wielkich słów.
    - Mówią „mama”, nie „Ojczyzna”. Mówią „przyjaciele”, nie „Patriotyzm” (tu, nikt od nikogo Patriotyzmu nie wymaga). Mówią „krupnik”, nie „tradycja”. Tych wielkich rzeczy, które są suma małych, jakoś w nich nie widać, dopóki, nie wyjada naprawdę, nie stopią się ze źródłem swoich tęsknot, nie powrócą do tego, co choć może nie wiedzieli o tym, pozwala im czuć się częścią czegoś większego, stabilnego, dającego poczucie siły.

    Znam tez innych, takich co zostali tu i najpewniej zostaną już na zawsze, którzy żyją ponad tęsknotą zadowoleni z losu przesadzonego drzewa. Najczęściej, zostają ci których trzymają tu mieszane małżeństwa i dzieci tu urodzone. – Albo sukces w interesach, czy fakt nabycia swojego, pierwszego domu, takiego ich, prawdziwego. Ci prędzej czy później zaczynają czuć się u siebie, nawet wtedy, gdy po latach tu spędzonych nie potrafią zaśpiewać urodzonemu na tej ich nowej ziemi dziecku kołysanki po angielsku, nie rozumieją angielskich dowcipów. Po części, dlatego zapewne, ze nowa, kochana amerykańska rodzina daje równie mocne poczucie przynależności jak tamta, zostawiona gdzieś tam. Pewnie jest w tym także coś z ciążenia rzeczy, które z czasem nagromadzone, wytwarzają własne pole grawitacji które trzyma mocniej niż stare tęsknoty.

    Są jednak i tacy, którzy nie maja tu nic, nie dorobili się niczego godnego. Nie zasiadają w zarządzie żadnej korporacji a mimo to zostali i zostaną i nawet tęsknią mniej niż inni lub zgoła nie tęsknią wcale. Czasami dlatego, że świadomość mizerii ekonomicznej kraju z którego przyjechali, jest wystarczająco mocna by nie mieć najmniejszej ochoty porzucać kraju masła orzechowego i taniej benzyny. Czasami dlatego, że zbyt boja się zaczynać wszystko od nowa, po raz kolejny, tym razem w kraju co powinien być bliski a stał się obcy, bo nic nie stoi w miejscu. Ludzie i miejsca się zmieniają. Powstałe od czasu ich wyjazdu i zapętlone przez lata nici międzyludzkich zależności tworzą już sieć w której nikt, kto nie uczestniczył w jej budowie, nie zdoła się połapać. Czasami również powrót, równa się przyznaniu do porażki a ambitna dusza woli raczej dać się upokarzać obcym w obcym kraju, niż znosić ironie i docinki ziomali.
    - Czasami… Och, bywa tyle powodów zupełnie różnych, czasem mądrych czasem nie. Jednak fakt pozostaje. Dlaczego?

    Emigracja nie jest dla każdego, gdyby było inaczej zapewne nikt z tych co urodzili się w biednych lub miotanych niepokojami krajach nie zostałby w miejscu skąd pochodzi. Nawet nie to jest najtrudniejsze, ze czasem wyjazd, równa się długiemu okresowi wyrzeczeń, odkładania na bilet każdych zarobionych pieniędzy, czasem ryzykowaniu zdrowiem czy życiem by dostać się do upragnionej Coca-Colą płynącej ziemi obiecanej. I nie tym, że bilet czasem bywa w jedna stronę. Najtrudniejszy jest krok który wyrywa ze znanego, ze wspólnoty pokoleń budujących wspólna rzeczywistość, język, obyczaje i prawa, historie i legendy. Wszystkiego, co pozwala czuć się bezpiecznie, mogąc liczyć na czyjąś
    pomoc w potrzebie, na czuły gest w smutku, słowo pociechy czy rade w zgryzocie.

    Ci co zostają, częściej niż inni potrafią żyć ze świadomością nieustannego bycia odmieńcem-Guliwerem w krainie Liliputów – lub odwrotnie. Odmieńcem, jakkolwiek często uznanym za pożytecznego członka społeczności i porządnego w sumie człowieka. Nawet wtedy, gdy bez chwili zastanowienia odpowie na pytanie; Crunchy or smooth, albo; Yankees or Mets. – Nawet, jeśli z niepoprawnie obcym akcentem wyrecytuje tekst: „Star Spangled Banner”.
    Dowodzą miliony przykładów, daje się tu żyć w taki sposób i niekoniecznie trzeba się w tym celu zamykać w etnicznym getcie Chinatown, dzielnicy żydowskiej, ruskiej, Little Poland (Mississauga) czy innych.

    Często lapie się na tym, że nie rozumiemy się zbyt dobrze, Ameryka i ja – mieszkaniec najbardziej nieamerykańskiego miasta na amerykańskiej ziemi. Jest jednak cos, co nas łączy. Ameryka wierzy bardziej w prawo ziemi niż w prawo krwi. Ktokolwiek wybrał jej ziemie na miejsce, gdzie narodzi się jego dziecko, automatycznie czyni je amerykańskim obywatelem, niezależnie z jakiego kraju sam pochodzi w jakim mówi języku, do jakich modli się bogów.
    Tą pewna emocjonalną właściwość, która dawno już u siebie zaobserwowałem. Cenie sobie bardziej więzy wynikłe z wyboru niż te, co wynikły z niezależnego od mojej woli zbiegu okoliczności. Bardziej wierze w przywiązanie wynikające z głębokiego szacunku do osób których dotyczy, niż z biologicznego pokrewieństwa. Moich rodziców kochałem dużo bardziej za to ze byli cudownymi, prawymi i ciekawymi ludźmi, niż za to, że podarowali mi całkiem przyzwoity zestaw chromosomów. Ludzi z którymi się wiąże, lubię za to jacy są, a nie za to ze są w ogóle. Niby drobiazg, a robi cały hektar różnicy. I dlatego właśnie chcę mieszka i żyć w moim nowym, a nie Starym Kraju. Nie dlatego wybrałem Kanadę ze daje więcej możliwości… Choć pewnie to ciągle jest prawda.
    Dlatego nie wrócę do Polski. – I dlatego, ze wqur… mnie (a wqur… do „bulu”). Obserwowanie głupot życia tam codziennego, małych i podłych politykierów. Bezsilnie patrzeć musze, jak najznakomitsze umysły mojego pokolenia, jeden po drugim, biernie zgłaszają akces do generacji pokolenia milczących konformistów. I nie dlatego ze pączki u Bliklego nie tak już dobre jak kiedyś. Nie wrócę bo w odróżnieniu od pierwszej – ta druga ojczyzna, to sprawa wyboru i choć kochać można obie, ta wybrana miłość znaczy dla mnie więcej.

    Jakkolwiek zdarza się czasami – jak to w życiu – ubolewać nad konsekwencjami raz podjętych decyzji, to mój wybór, akt woli! Najpiękniejsza i najstraszniejsza konsekwencja bycia dorosłym. Dom mój jest tam, gdzie sam się mecze, pocę, by go od fundamentów budować, czasem błogosławiąc, a czasem przeklinając wybór, zawsze powtarzając (a jakże – z ciężkim, obcym akcentem) może zbyt podniosłe w całej tej do gruntu zwyczajnej sytuacji zdanie, od dwóch wieków martwego Amerykanina: „Give me liberty, or give me death”…

    Podzielam zdanie Tuwima, że być Polakiem to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z oddychaniem. Nie spotkałem jeszcze człowieka, który jest dumny z tego ze oddycha.
    Jestem Polakiem, bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, wychowałem, nauczyłem, bo w Polsce byłem szczęśliwym i nieszczęśliwym.
    Jestem Polakiem, bo dla czułego przesądu, którego żadna racją ani logiką nie potrafię wytłumaczyć.
    Polak, bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano, bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono, bo mnie matka nauczyła polskich wierszy i piosenek.
    Polak, bo po polsku spowiadałem się z niepokojów pierwszej miłości i po polsku bełkotałem o Jej szczęściu i burzach.
    Polak dlatego także, ze brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cyprys, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i Gershwin. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić.
    Polak, bo przejąłem od Polaków pewna ilość ich wad i zalet narodowych.
    Polak, bo moja nienawiść dla homofobów i polskich, partyjnych koryciarzy jest większa, niz homofobów i koryciarzy innych narodowości. I uważam to za bardzo poważna ceche mojej polskości.

    Ale, przede wszystkim Polak dlatego, że tak mi się podoba!

    Pozdrawiam i życzę 100 lat w formie!

    Edward Lewandowski
    Oakwille Ontario
    Kanada

    Pozdrowienia i ukłony dla Gospodyni

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>