Mój pierwszy dzień w Australii

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Pierwszy dzien na emigracji (1)

Wpis powstał w ramach projektu wiosennego Klubu Polki na Obczyźnie Mój pierwszy dzień na emigracji. Polki mieszkające w różnych częściach świata, autorki blogów, pisarki i podróżniczki, opowiadają o swoim pierwszym dniu w nowym kraju. Ten jeden, jedyny dzień, koniec starego i początek nowego rozdziału.

Czy ja pamiętam nasz pierwszy dzień w Australii? O tak! Zupełnie, jakby to było wczoraj, mimo że upłynęły już ponad cztery lata. Zapytana, kiedy przylecieliśmy do Australii, zazwyczaj odpowiadam podając dokładną liczbę lat, miesięcy, dni i godzin. Wtedy małżonek komentuje No już, dobrze, nie popisuj się. Ale w końcu pierwszy stycznia, czy tam Nowy Rok – jak kto woli – to data, której nie sposób zapomnieć lub pomylić z żadną inną, zgodzicie się?

Nie planowaliśmy jakoś szczególnie, żeby przylecieć do Perth właśnie tego dnia. Skusiła nas cena biletów, w jedna stronę, rzecz jasna. Wylot był w Sylwestra, więc i ludzi w samolocie było znacznie mniej. Kurtki i buty zimowe zostawiliśmy rodzicom, bo nie były nam już potrzebne. Na lotnisku w Warszawie spotkaliśmy moją koleżankę z mężem. Oni również lecieli do Doha, a tam nasze powietrzne drogi rozeszły się – oni do Indii, my do Australii. Drugi lot trwał trzynaście godzin, ale większość przespałam, więc ale niewiele z niego pamiętam. Zresztą, nie na locie się skupiałam, lecz na tym, co nas czeka w krainie kangurów.

W Perth wylądowaliśmy dokładnie o godzinie 17.20 miejscowego czasu. Ja ubrana w czarną bluzę z kapturem, z rękawami naciąganymi na kciuki. Mąż w koszulce z czasów kawalerskich, z napisem Mam Wy..ane i jasno brązowych spodniach-bojówkach. Tadam, oto jesteśmy Australio! Ponieważ przylecieliśmy w środku australijskiego lata, spodziewaliśmy się zderzenia z falą nieznośnie gorącego powietrza. Wyszliśmy z samolotu, rozejrzeliśmy się dookoła i spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Perth przywitało nas deszczem i chłodem.

Odebraliśmy bagaże i udaliśmy się w stronę granicy. Miły celnik zapytał jedynie, po co nam tyle lekarstw (a wyposażyć mogliśmy kilka apteczek, jak to Polacy) i życzył nam udanego pobytu w Down Under. Po wejściu do hali przylotów ujrzeliśmy wieeelką choinkę, przystrojoną złotymi ozdobami. Pstryknęliśmy pierwsze zdjęcie w naszym nowym kraju, bo to zderzenie lata i post-świątecznej, lecz wciąż choinkowej atmosfery wydało nam się… dziwne. Tak, dziwne to odpowiednie słowo.

Jeszcze będąc w Polsce, zarezerwowaliśmy noclegi w nieistniejącym już dzisiaj Underground Backpackers, w dzielnicy Northbridge. Lokalizacja hostelu wyglądała na mapie jak centrum miasta, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Nie wiedzieliśmy nawet, jak tam dojechać. Cztery lata temu nie było jeszcze tylu źródeł informacji w postaci blogów i facebookowych grup, a już na pewno nie na temat Perth. Udało nam się kupić bilety na autobus, który kursował na trasie z lotniska do Northbridge. Kierowca upchał chyba sto walizek i plecaków w kwadratowej, blaszanej przyczepce i powiedział coś w swoim języku, którego nie zrozumiałam. Po pierwsze, moja znajomość angielskiego była wówczas na poziomie zaledwie komunikatywnym. Po drugie, ów kierowca autobusu mówił po australijsku, czyli angielsku, tylko z kilogramem wielkich kluch w gębie. Zgarnął od pasażerów kasę za bilety i rozwiózł wszystkich do noclegowni podobnych do naszej. Odniosłam wrażenie, że wszystkie te hostele to ruiny, które nadają się wyłącznie do wyburzenia.

Również nasz hostel w rzeczywistości wyglądał dużo gorzej, niż na zdjęciach. Wysokie sufity z pajęczynami w rogach, półmrok i stare, czerwono-czarne dywany wymagające czyszczenia stwarzały mroczną atmosferę. Uspokoił nas widok kilku młodzieniaszków oglądających w holu telewizję. Z butelką VB w dłoni, wyciągali swoje opalone, zrelaksowane ciałka na kanapie pokrytej zielonym, popękanym skajem. Dookoła unosił się zapach tostów z białego pieczywa. Ktoś w kuchni smarował je brązową pasta, w końcu była to już pora kolacji. Nie może być tutaj aż tak źle, pomyśleliśmy.

W recepcji okazało się, że dokonując rezerwacji pomyliłam daty. Nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć dlaczego, ale byłam pewna, że przylecimy  nie pierwszego, a drugiego stycznia. Na nasze szczęście, w hostelu mieli wolne pokoje, więc uniknęliśmy spania pod gołym niebem. Wyposażenie naszego pokoju było bardzo skromne: łóżko piętrowe i szafa. Klimatyzacja w postaci otwartego okna od strony ruchliwej ulicy i komary gratis w nielimitowanej ilości.

Emilia DL

Wśród trzydziestu kilogramów dobytku odszukaliśmy ręczniki. Szybki prysznic i pognaliśmy przed siebie, żeby jeszcze zobaczyć chociażby niewielką część miasta. Już na pierwszym przejściu dla pieszych Piotrek szarpnął mnie za ramię, bo spojrzałam w lewo, a z prawej strony akurat nadjeżdżał samochód. Deszcz ustał, a powietrze tak bardzo się ociepliło, że powieki zaczęły same opadać. Poczułam, że powoli ogarnia mnie zmęczenie. Zatrzymaliśmy się na pierwszy australijski posiłek w… chińskiej, niskobudżetowej jadłodajni. Pamiętam jedynie słodki smak smażonej panierki i sezamu. Usiedliśmy jeszcze na chwilę na równo skoszonym trawniku przy Northbridge Plaza, gdzie w letnie wieczory backpackersi łapią darmowe wi-fi. Chwilę później wróciliśmy do hostelu i posłusznie oddaliśmy się w objęcia Morfeusza.

W ten pierwszy dzień w Perth jeszcze nie do końca do mnie docierało, że właśnie dołączyłam do grona emigrantów. Nie znaliśmy ludzi, nie znaliśmy miasta, wszystko było zupełnie nowe. Wciąż ciężko było mi uwierzyć, że jak za dotknięciem różdżki znaleźliśmy się na drugim końcu świata. Dobrze, że byliśmy wtedy razem. W ten dzień nie było ochów, achów, ani też dramatyzowania – na to przyszedł czas później.  A co było dalej, już wiecie :)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Australijskie realia, Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Mój pierwszy dzień w Australii

  1. ~Anna M-a pisze:

    I oto właśnie dowiedziałam się, że w Australii jest ruch lewostronny :)
    Fajna historia. Mam nadzieję, że kiedyś i ja w Australii pomieszkam.

  2. ~Maciek pisze:

    Mój pierszy dzien w Perth był całkiem nie dawno :) 37 dni 10 godzin :) Zimeow rzeczy również zostały w Polsce, z Poznania do warszamy jechałem w cieniej wiosennej kurtce :) Nas również Perth przywitało deszczem – może to taka tradycja dla polaków :) Dopiero wpadłem na twjego bloga więc muszę się dobrze apoznac z jego treścią, pozdrawiam.
    M.

  3. ~Szymon pisze:

    początkowe wspomnienia z danego kraju najczęściej są chyba właśnie takie, że nie pamięta się wszystkich szczegółów… ja miałem tak z Rumunią, pierwszy raz byłem w 2014 (wjechaliśmy tam też w wyjątkowy dzień… akurat nie w Nowy Rok, tylko w moje urodziny :) ) i pamiętam głównie wrażenia – było gorąco, fajnie i wszystko było dla mnie nowe :)

    • Australopitek pisze:

      No wlasnie. Moze gdybysmy wyladowali rano i w pieknym sloncu, skupilabym sie wlasnie na pogodzie i natychmiastowym zwiedzaniu i niewiele bym pozniej pamietala :)

  4. ~Ewa pisze:

    Tak próbuję sobie przypomnieć swój pierwszy dzień w Szwajcarii. Przez mgłę pamiętam ten w UK i ten w Niemczech, ale w Szwajcarii… nic a nic. Może dlatego, że nie była już dla mnie nowa? Piękne są te pierwsze razy. Odmienność, zdziwienie, powolne przyzwyczajanie się do nowego…

  5. Pierwszy dzień na emigracji bez „ochów i achów” – skąd ja to znam! U mnie były najczarniejsze myśli, że będzie beznadziejnie i że lepiej od razu wracać. Jak dobrze, że nie miałam takiej możliwości, bo koniec końców, wyprowadzka to była najlepsza podjęta przeze mnie decyzja <3

  6. Czytam i czytam i gdzie te powitanie Nowego Roku? ;)
    Próbuję sobie teraz przypomnieć moje pierwsze razy w różnych krajach i…. nic nie pamiętam. No cóż… mogę tylko zazdrościć takiej pamięci :)

  7. ~piotr pisze:

    Te emocje po pierwszym dotarciu do zupełnie innego świata, ta adrenalina i ta radość zmieszana z lękiem.

    Koszulka z napisem „mam wy*ebane” mnie urzekła… :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>