5000 kilometrów przez cztery stany Australii, czyli podróż samochodem z Perth do Sydney

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Już od dłuższego czasu rozważaliśmy przeprowadzkę na drugie wybrzeże Australii. Niskie ceny surowców spowodowały znaczne spowolnienie gospodarki Australii Zachodniej, w związku z czym firmy szukają oszczędności w postaci obniżania wynagrodzeń lub grupowych zwolnień i często wstrzymują nowe projekty. I tak naprawdę jedyną rzeczą która powstrzymywała nas przed wyjazdem z Perth była moja praca, ale skoro korpo mnie już nie potrzebowała, decyzja co dalej była oczywista – przeprowadzamy się do Sydney.

Jako pierwsze wypowiedzieliśmy umowę o wynajem mieszkania. Słowo się rzekło i nie było odwrotu. Klamka zapadła – dosłownie. Wiedzieliśmy, że meble sprzedamy, ale co z samochodem? Wysłać statkiem? Przetransportować koleją? Nie. Pojedziemy w podróż życia! 5000 kilometrów przez cztery stany Australii.

Trasa

Część dobytku zapakowaliśmy do Suzi, a resztę w pudła, które przyjaciele obiecali nam wysłać. Ponieważ przy okazji chcieliśmy zwiedzić kilka miejsc, całą wyprawę podzieliliśmy na kilka etapów. Każdy inny, wyjątkowy i bardzo australijski.

  1. Perth – Esperance

Za każdym razem, kiedy ktoś opowiadał o wycieczce do Esperance, ogarniała nas zazdrość, bo wszędzie mówią i piszą o śnieżnobiałym piasku na plażach i zapierających dech w piersiach krajobrazach. Dlatego postanowiliśmy zostać tu na kilka dni i zobaczyć te cuda.

Nie zawiedliśmy się. Urzekł nas bardzo zróżnicowany krajobraz. Plaże szerokie na kilkadziesiąt metrów, które znajdują się w corocznych rankingach najpiękniejszych plaż Australii i park narodowy Cape le Grand z wszechotaczającą zielenią. Kolejne wspaniałe spotkanie z przyrodą i nauczka, że nawet w Australii jednego dnia można wygrzewać się w +40 stopniach, a dzień później zakładać sweter i kurtkę, bo wiatr chce urwać głowę. Ba, przy tym wietrze można nawet chodzić po górach!

W Esperance nocleg znaleźliśmy u Everta i Dee. To prawdziwi aussie farmerzy, którzy z pokolenia na pokolenie z zamiłowaniem uprawiają australijską ziemię. Evert zabrał nas na wycieczkę po farmie opowiadając o uprawach i żniwach. Nie byliśmy w stanie ogarnąć wzrokiem granic działek i nie potrafię w wiarygodny sposób przybliżyć wielkości farmy. Podam więc liczby – 2500 hektarów ziemi, 6000 oleju napędowego zużywane w ciągu 6 dni, ileśdziesiąt tysięcy ton gryki i pszenicy sprzedanych przy użyciu aplikacji po ostatnich żniwach, 4000 owiec, kilka quadów i motocykli, a w przeszłości również i helikopter. Robi wrażenie? Na nas zrobiło piorunujące. Zakochaliśmy się w Esperance i przez chwilę rozważaliśmy kilkumiesięczny przystanek w tej niewielkiej mieścinie. Dee i Evert próbowali różnych sztuczek magiczek, aby nas przekonać, ale nie – plan był inny i postanowiliśmy jechać dalej.

  1. Esperance – Adelajda

Czy wyobrażacie sobie podróż przez nicość? Tak, że jesteście tylko wy, wasz samochód i opcjonalnie towarzysz podróży? Że macie wrażenie, że jedziecie i jedziecie i końca nie widać?

Właśnie czegoś takiego doświadczyliśmy podróżując przez równinę Nullabor. Odcinek pomiędzy Esperance i Adelajdą to w większości busz, czasami osady liczące kilkudziesięciu mieszkańców i stacje benzynowe oddalone od siebie średnio o 150-200 kilometrów. I to wszystko. Wiedząc, że przez najbliższe trzy dni dostęp do wody będzie mocno ograniczony, zrobiliśmy odpowiednie zapasy.

To była najbardziej nużąca trasa, jaką kiedykolwiek jechaliśmy. Człowiek jedzie x godzin i już nie wie, co ma ze sobą zrobić, żeby nie zasnąć. Już nawet znaki ostrzegające przed zwierzyną pojawiającą się na drodze znienacka nie pomagają. Za to w trakcie entej już godziny jazdy, kiedy wszystkie dotychczasowe metody na niezasypianie zawodzą, można odkryć w sobie nowe talenty, np. recytowanie wierszy lub śpiewanie. Wszystko, żeby tylko powieki się nie opadły.

Droga jest tak dłuuuuga i tak niewiele się na niej dzieje, że w kilku miejscach jest poszerzona, aby mogły na niej awaryjnie lądować samoloty. Pewnie kryje się za tym jakaś ciekawa historia, poczytam i wam opowiem.

Trzy dni jazdy od świtu do zmierzchu dawały nam się we znaki. Dojeżdżaliśmy możliwie jak najdalej, ale tak, żeby zdążyć przed zmrokiem i nocowaliśmy na polach kempingowych przy stacjach benzynowych. Dopiero od Port Augusta poczuliśmy powrót do cywilizacji. Mogliśmy powiadomić rodziny, że żyjemy i mamy się dobrze. Do Adelajdy zostało już tylko kilkaset kilometrów. Phiiii. Bułka z masłem.

W Adelajdzie spędziliśmy trzy dni. Kochamy poznawać lokalne historie, dlatego odwiedziliśmy Muzea Imigracji i Australii Południowej. Ciekawe, że prawie w każdym australijskim muzeum są wystawy o historii, sztuce i kulturze Aborygenów. Ta w Adelajdzie była jednak pewnego rodzaju podsumowaniem etapu podróży przez Nullabor Plain. Teren, który dla nas był jedną wielką plamą na mapie Australii Południowej, dla Aborygenów jest domem. Z dala od cywilizacji, z dala od ludzi, za to u siebie i wśród swoich. Rzeczywiście, dziwiliśmy się, skąd w buszu tyle kamieni ułożnych w coś na kształt granic. Zupełnie, jakby ktoś chciał się odgrodzić lub wyznaczyć swój teren. Piękne to!

Wracając do Adelajdy. Samo miasto wydało nam się mini kopią Perth, bez szaleńczych całonocnych imprez, ale bardzo miłe miejsce do życia i blisko do plaż. Nie spodziewaliśmy się, że Adelajda nas czymkolwiek zaskoczy, a jednak.

IMG_8592-1 - Kopia

Dzięki super fajnym rodakom poznaliśmy prawdziwą naturę miśków koala. Nieruchome i spokojne, puchate i z mięciutkim futerkiem. Takie je zawsze widzieliśmy w rezerwatach Australii Zachodniej. Dodalibyśmy również określenie, że leniwe, bo przez cały dzień przyczepione do eukaliptusów, najedzą się liści i śpią całymi dniami. Hah, do czasu, aż panu koala zbierze się na amory. I my właśnie na ten moment trafiliśmy. Wiecie, jak to wygląda? Pan koala wspina się po gałęzi powoli, z nadzieją na wiadomo co, aż tu wybranka chlast go przez łeb z otwartej łapy! A jakie słuchowisko! Co najmniej jak świnobicie u sąsiada w zagrodzie. Piski, wrzaski i charczenie. Uważaj mała, nadchodzę! To ty uważaj, mały szary skurczybyku! Summa sumarum tyle hałasu o nic, ale staliśmy przez kilka minut bez ruchu szczęśliwi, że mogliśmy to przedstawienie zobaczyć :)

Jedźmy dalej…

  1. Adelajda – Melbourne.

Nareszcie mogę to napisać. Odcinek trasy z Adelajdy do Melbourne był najpiękniejszą częścią naszej wyprawy. Kolejne trzy dni za kierownicą i dwa noclegi. Opuśliśmy Australię Południową i wjechaliśmy do Wiktorii. I to ciągłe uczucie, że nic nie musimy, nikt nas nie pogania, że jedziemy, bo chcemy. Takie chwile są nie do zastąpienia. Kolejny tysiąc kilometrów, z czego skupmy się na najważniejszych dwustu czterdziestu trzech. Trzy słowa – Great Ocean Road.

W klasycznym opisie z przewodnika turystycznego dowiecie się, że Great Ocean Road to malownicza trasa turystyczna wzdłuż oceanu, rozciągająca się od Warrnambool do Torquay. To prawda, ale nasza wersja przewodnika brzmiałaby tak: Great Ocean Road to 243 km drogi, gdzie zatrzymujesz się średnio do trzysta metrów po to, żeby wydać z siebie okrzyk zachwytu na widok coraz to nowych skał wynurzających się z groźnych wód oceanu. Każda ma swoje imię i historię. To trasy na długie spacery. To miejsce na mapie świata, gdzie błękit wody i biel fal z szumem odbijają się od wapiennych klifów o poszarpanych kształtach. To bryły, mosty i jaskinie uształtowane przez matkę naturę.

Great Ocean Road to również miejsce historyczne i największy pomnik w Australii, bo drogę zbudowali żołnierze, którzy walczyli podczas I wojny światowej. Ich trud jest dedykowany tym żołnierzom, którzy na froncie polegli. Pierwsze pomiary geodezyjne miały miejsce w 1918 roku, a cała budowa została ukończona w 1932 roku. W Muzeum Great Ocean Road w Lorne można obejrzeć wystawę-opowieść, jak przebiegała realizacja projektu budowy drogi. Szczerze polecamy!

IMG_9086

W połowie Great Ocean Road dojeżdża się do najbardziej popularnego miejsca Great Ocean Road – Dwunastu Apostołów. Najwięcej ochów i achów odija się echem od klifów właśnie tutaj. Pierwotna nazwa skał to Locha i Prosiaki… Ykhm, Ykhm… Przyznajcie, że Dwunastu Apostołów brzmi zdecydowanie lepiej. Jak tam jest? Pięknie! Może sam na sam z naturą sobie tutaj nikt nie pobędzie, bo ludzi dookoła nadzwyczaj dużo, ale ja uparcie twierdzę, że to idealne miejsce, żeby pobyć z samym sobą. Warto zatrzymać się na noc w okolicach Dwunastu Apostołów, na brzegu oceanu wykrzyczeć, co na sercu leży, podumać, powiedzieć dobranoc i następnego dnia wyruszyć w dalszą podróż.

IMG_8983

Trasa Great Ocean Road rzeczywiście przebiega w całości wzdłuż oceanu i oddaje całe piękno turystycznej części Australii. Po drodze mija się bowiem nadmorskie (nadoceaniczne?) kurorty z dziesiątkami pól namiotowych i hoteli. Plaże łączą się ze sobą, a z fal wynurzają się muskularne sylwetki surferów z burzą blond loków i deską pod pachą. Taaak, dokładnie tak, jak w filmach. Odcinek od Lorne aż do Torquay to najbardziej wietrzne plaże, gdzie regularnie odbywają się zawody surfowania. Jest to również miejsce, gdzie powstały kultowe marki sprzętu do surfowania – Curl Rip i Quicksilver – znacie? W Torquay kończy się Great Ocean Road i stąd już tylko 100 km do Melbourne.

  1. Melbourne – Sydney

Do Melbourne dojechaliśmy późnym wieczorem. Tym razem nie planowaliśmy zwiedzania miasta, ponieważ w Melbourne byliśmy już wcześniej, tylko jeden nocleg i w dalszą drogę. Dobrzy ludzie przyjęli nas pod swój dach i zaoferowali parking dla Suzi. I tutaj dostaliśmy niezłą nauczkę…

Przez całą drogę staraliśmy się wybierać miejsca, gdzie samochód można zostawić na noc w bezpiecznym miejscu, ponieważ część dobytku mieliśmy ze sobą. Byliśmy zmęczeni podróżą i ostatnią rzeczą, na którą mieliśmy ochotę, to ponowne wyciąganie gratów z samochodu tylko po to, żeby następnego dnia je upychać. Ściągnęliśmy jedynie rzeczy z dachu, ale bagażnika już nie odkręciliśmy. I to był błąd.

W budynku, gdzie mieszkają nasi gospodarze jest parking rotacyjny. Mieszkania mają przyporządkowane swoje mobilne miejsca, które sterowane elektronicznie przemieszczają się w pionie i poziomie i na swój samochód trzeba poczekać jak na windę. Na naszym miejscu parkingowym jak byk było napisane, że dozwolona wysokość samochodu to 1.82cm. Sprawdziliśmy wysokość Suzi z bagażnikiem – 1.85cm, ale wjechała do garażu bez większych problemów. I tak ją zostawiliśmy na noc, żeby sobie i ona odpoczęła.

Zorientowaliśmy się jednak, że z materaca zeszło powietrze i Piotrek jednak musi zejść ponownie do garażu po zapasowy. Długo go nie było… Okazało się, że w tym czasie ktoś inny parkował swój samochód i platformy przesunęły się tak, że dosłownie zdarły cały bagażnik i mocowania z dachu pozostawiając kilka widocznych wgnieceń na Suzi. Kosztowało nas to sporo czasu, bo znaleźć nowe części do bagażnika dachowego w niedzielny poranek nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Tanie to również nie było, ale cóż, za głupotę się płaci. Jeżeli Chińczyk w instrukcji użytkowania pisze, że 182cm to maksymalna wysokość, to tak jest i koniec. A my, jak statystyczni Polacy mądrzy po szkodzie :-)

Z nowym bagażem, jakkolwiek to zabrzmi, doświadczeń wyruszyliśmy w stronę Sydney. Niestety nie wystarczyło nam czasu, żeby jechać wzdłuż oceanu, chociaż tak bardzo chcieliśmy. Zwiedzanie wybrzeża na południe od Sydney zostawiliśmy sobie na następny rok, bo przecież chwilę w Nowej Południowej Walii zostaniemy.

Ostatnia nocka w drodze, ostatnia prosta i nareszcie dojechaliśmy! Sydney przywitało nas słońcem i… korkami, bo dotarliśmy popołudniu. Cali, zdrowi i szczęśliwi! Czy to koniec tej podróży? Wręcz przeciwnie – to początek nowego etapu w naszym życiu!

Dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli, którzy pomogli nam w tej wyprawie oferując dach nad głową i strawę. Dziękujemy tym, którzy otwierając nam drzwi do swojego domu sprawili, że poczuliśmy się w nim, jak u siebie. Dziękujemy Dee i Evertowi z Esperance, Elli z Adelajdy, Tomkowi i Korze z Melbourne. Jesteśmy Wam bardzo, ale to bardzo wdzięczni! Jowita i Piotr – dzięki Wam ujrzeliśmy nowe oblicze misiów koala. Odwiedzajcie nas w Sydney!

Wszystkim przyjaciołom dziękujemy za wsparcie i wiarę, że w Sydney czeka na nas coś dobrego. Tęsknimy za wami, ale odpowiadając  na pytanie, czy było warto było przejechać 5000km i cztery stany Australii mówimy 3 x TAK. Decyzja o przeprowadzce do Sydney była jedną z najlepszych i najpiękniejszych, jakie mogliśmy podjąć. Serio :-)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze, Emigracja, Moje życie w Oz, Pojechali! i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „5000 kilometrów przez cztery stany Australii, czyli podróż samochodem z Perth do Sydney

  1. ~Krzysiek pisze:

    hey,

    Super relacja z podrozy! :), mieszkalem w Sydney 5 lat i musze powiedziec, ze podjeliscie dobra decyzje – to jest piekne miasto ;) powodzenia!

  2. ~Skylar pisze:

    Super relacja!! Osobiście zobaczyłabym JESZCZE więcej zdjęć ;) Będzie trochę więcej o tym jak mieszka Wam się w Sydney w porównaniu do Perth?
    Pozdrowienia z Polski (tym razem) ;)

    • Australopitek pisze:

      Dzięki! zdjęcia były na fan page’u, ale może powinnam udostępnić je jeszcze raz i więcej?

      Planuję post o Perth i być może porównanie do Sydney :)

  3. ~maori pisze:

    Wiem, że mieszkańcy Australii to bardzo zapracowani ludzie i bardzo często dopiero na emeryturze poznają swój bardzo rozległy, piękny kraj. Przejechałem rowerem z Melbourne do Darwin. Młodych ludzi na trasie niewielu, ale starszych sporo, jadą bez pośpiechu swoimi kamperami albo ciągną domki za sobą. A ja wolniutko na swoich dwóch (trzech, bo miałem przyczepkę) kółkach… Już dawno nie czułem się tak spokojny i zrelaksowany, podróż męcząca, ale gdybym miał środki, to pojechałbym tam jeszcze raz, choćby jutro. Na razie ciułam, bo gdy tylko zdrowie pozwoli, to pojadę tam jeszcze raz, ale tym razem ze wschodu na zachód, przez środek oczywiście, bo nic nie przebije pustego (?) outbacku.

    • ~Danuta pisze:

      Należę do tych szczęśliwców, że poznałam faceta podróżnika. To było w 1996 r. On Niemiec pokazał mi (już na papierze Australijce) cała niemal Australię. Tyle, że jechaliśmy jego sporym, wygodnym motorhome przez wiele miejsc. Australia to piękny kraj, ale jeśli chcecie go zobaczyć z głównych ulic – to wielka pomyłka. Trzeba często zbaczać z dróg, aby dotrzeć na najpiękniejszych perełek świata. I tak minęło już już ponad 10 lat naszej znajomości. Przez te lata obok Australii było wiele innych cudnych miejsc na świecie łącznie z Tasmanią, Nową Zelandią, wielokrotnie USA, Kanada i Alaska, Singapore, HongKong,nawet taka perełka jak Howe Lord Island na Pacyfiku. A teraz jeździmy po jego kraju po Niemczech. Zawsze jestem też w Polsce, a na drugi rok będziemy jeździć po naszym kraju. Jesteśmy już partnerami i dzielimy nasze życie pomiędzy Europę i Australię, a zawsze jeszcze coś na dokładkę. Zyczę wszystkim jak najwięcej radoąści z oglądania świata.

      • Australopitek pisze:

        Pani Danuto,

        jaka szkoda, że nie poznałam Pani wcześniej! Ja też uważam, że piękno Australii jest widoczne poza miastami!

        Pozdrawiam
        Emilia

  4. ~kasia pisze:

    Nawet nie wiesz jak bardzo przyda mi się twój wpis. W tym roku planujemy wraz z koleżanką spędzić około 2 miesięcy w Australii, wszelkie porady i informacje będą pomocne. Muszę sobie zapisać Twój blog i jak widzę jesteśmy w tym samym „klubie” :)

  5. ~Asia pisze:

    Australia jest straszenie daleko!!! Więc jak lecieć tam to po to by spędzić miesiąc czy coś koło tego i zobaczyć jak najwięcej. Uwielbiam tego typu wyprawy, długie trasy na których krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Tego zazdroszczę!

  6. ~Karolina pisze:

    Super wpis! Marzy mi się roadtrip po Australii, ale jeszcze muszę na niego poczekać. Teraz też jesteście trochę bliżej do reszty Australii ;)

    • Australopitek pisze:

      Pytanie, co jest reszta Australii :)
      Miejsc do zwiedzenia jest mnostwo, ale cieszymy sie, ze zwiedzilismy juz czesc Australii Zachodniej.

      Pozdrawiam :)
      Emilia

  7. ~Ada pisze:

    Wielka zazdrość! Ale taka pozytywna ;-) marzę o wyprawie do Australii od dziecka i póki co zadowalam się wpisami takimi jak Twój. Dzięki! za tą Auatralię przy ;oranej kawie :-D
    Pozdrawiam serdecznie!

  8. O kurcze, jak fantastycznie! I tak jak wszyscy zgromadzeni zazdroszczę bardzo :) Mam nadzieję, że kiedyś tam dotrę :)

  9. Pozazdrościć, super artykuł, pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>