5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w Australii

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Człowiek jest sam dla siebie kopalnią wiedzy. Kopalnią, bo chcąc nie chcąc drąży i odkrywa coraz to nowe pokłady możliwości, coraz więcej siebie. Dzisiaj dzielę się z wami tym, czego o sobie na emigracji dowiedziałam się ja. Siadaj i czytaj! :-)

 

collage_20150730144155861_201507301454160741. Pierogi ruskie vs. owoce morza.

Prozaiczna rzecz, a dla mnie zdecydowany nr 1 na liście smaków dzieciństwa. Przed oczami mam obraz babci rozgniatającej z pasją kulki z ciasta do momentu, aż przybierały kształt idealnego koła. Następnie rytuał nakładania farszu i starannego sklejania brzegów w falkę. Takie piękne pierożki pokonywały drogę z wrzącej wody na talerze, aż po kilku dokładkach nie mogliśmy się ruszać.

W Australii niestety babci nie było, pierogów też nie. I wtedy poznałam nową zasadę kuchenną – CYO (cook your own), czyli ugotuj sobie sam(a). Cóż było robić. Przez te kilka pierwszych miesięcy chęci się nagromadziło tyle, że poddałam się tejże zasadzie, ale zaraz zaraz… skąd wziąć twaróg? Australijski odpadł w przedbiegach, bo tutejszy twaróg wygląda raczej jak serek wiejski. Podpytaliśmy więc wśród znajomych, bo w końcu w jakiś sposób te pierogi robią, gdzie kupić odpowiedni ser. Odpowiedź – u rzeźnika :-) I to nie był żart. O rzeźniku, rzeźniku, daj nam sera bez liku…

Nie miałam już więc wymówki, aby się wykręcić od spędzenia kilku godzin pochylona nad blatem kuchennym. Mąż nie wybaczyłby mi tego do końca żywota. Musiałam wyjechać na drugi koniec świata, żeby ugotować tradycyjną polską potrawę.

Teraz dla odmiany coś miejscowego – owoce morza. Jedyne, co jestem w stanie przełknąć to krążki z kalmarów, ale to jest absolutny wyjątek. Bleeeeehhhh. Wszystko inne ma dla mnie konsystencję gumowej podeszwy, a zapach przyprawia mnie o ból głowy. Mówią głupia. Może i tak, ale akurat owoce morza w żaden sposób nie trafiają w mój gust kulinarny i nie przekonują mnie ani przystępne ceny, ani też dostępność na każde zawołanie. Proszę więc, nie namawiajcie mnie nigdy na zjedzenie krewetki, bo taka opcja nawet nie wchodzi w rachubę.

2015-07-30 16.54.13

2. Mieszczuch na urlopie, czyli polubiłam podróżowanie po Australii.

Mówiąc podróżowanie mam na myśli również kempingi. W zwyczajnym, pozaurlopowym życiu potrafię wpaść w furię na widok maleńkiej plamy na bluzce lub odstającego jednego włosa. A jeszcze nie daj Boże stanie się to w pracy… Jednak na dźwięk słowa kemping cały ten perfekcjonizm szlag trafia i z jednej strefy komfortu wchodzę w inną, jeszcze lepszą i piękniejszą.

Po pierwsze wyjazd na kemping w Australii to wyprawa wymagająca nie lada przygotowań. Trzeba zabrać ze sobą wszystko na wypadek „co będzię, jeżeli…”. Znajomi śmiali się z nas, że wozimy w samochodzie łopatę, ale ta przydała się nam już nie raz, bardzo łatwo bowiem utknąć w piachu na trasach offroadowych i wtedy każdy radzi sobie sam. Prawdopodobieństwo, że nie spotkasz wtedy żywej duszy jest bardzo duże, tak więc trzeba być naprawdę nieźle wyposażonym. Lodówka, płetwy, stolik, krzesła i latarki. Nie jest jednak najważniejsze co zabierasz, ale dlaczego to robisz. Zaraz po spakowaniu ekwipunku wsiadamy w samochód i jazda w nieznane, ku wolności! Praca, blog, emaile i whatsappy zostają za mną i wcale za nimi nie tęsknię. Klapki japonki, zwiewne sukienki, wiatr we włosach i niezmierzone odległości do pokonania. Kocham to. Odpoczywam wtedy zostawiając z tyłu zgiełk miasta, w którym niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć, a scenariusze dnia powszedniego powtarzają się niczym deja vu. Powtórzę, że Perth jest jedynym dużym miastem w Australii Zachodniej, a od następnych miast średnej wielkości dzielą nas setki kilometrów.

Tak samo podoba mi sie północ, jak i południe stanu. Są zupełnie różne ze względu na krajobraz, ale wszędzie czuję się cudownie. Podróżując po Australii czuję się wolna i niczym nieskrępowana. No dobra, nie pałam sympatią do pająków, ale kto je lubi? Poza tym jest mi wszystko jedno, czy wspinam sie po skałach, czy pływam z żółwiami po rafie koralowej, bo taką dziką Australię właśnie uwielbiam i odkrywanie nowych miejsc to niesamowite doświadczenie. W Australii po raz pierwszy stanęłam na szlaku oko w oko z rogatym zwierzęciem przypominającym bawoła i nie wiedziałam, czy uciekać, czy stać jak on bez ruchu i odwzajemniać zainteresowanie. Po raz pierwszy zobaczyłam orła, który polując złapał w dziób rybę i z nią odleciał. Po raz pierwszy biegałam po dzikich wydmach tarzając się w piachu. Po raz pierwszy o mały włos nie nadepnęłam na węża. Każdy wyjazd przynosi jakiś pierwszy raz i kiedy po powrocie do domu patrzę na nasz samochód cały pokryty czerwonym pyłem, myślę sobie To był naprawdę udany wyjazd…

IMG_33993. A wariatka jeszcze tańczy.

Jako dziecko chodziłam oglądać turnieje tańca towarzyskiego w moim rodzinnym mieście i z wypiekami na twarzy śledziłam każdy krok nienaturalnie prostych kolan i stóp tancerzy, zwłaszcza kiedy walczyli o punkty za wykonanie samby lub cha-cha.

W dorosłym życiu nadal pozostałam wierna zamiłowaniu do latynoskich rytmów, tylko miejsce tańców towarzyskich zajęła salsa. Pierwsze kroki na salsowym parkiecie postawiłam w 2006 roku i od tamtej pory aż do momentu wyjazdu z Polski tańczyłam kilka razy w tygodniu.

Na emigracji człowiek często skupia się na tym nowym i nieznanym i zapomina o swoich pasjach. Albo je odkrywa na nowo. Po wszystkich wizowych turbulencjach, kiedy już emocje – te dobre i złe – opadły, rozejrzeliśmy się wokół siebie szukając czegoś nowego. Znaleźliśmy ukochaną, starą-nową salsunię. Na szczęście Piotrek ma na swoim komputerze nagrania z zajęć, na które chodziliśmy jeszcze w Polsce i przez chwilę w Perth. Odgrzaliśmy również salsowe playlisty i na nowo odkrywamy, jaką radość daje wprowadzenie partnerki do podwójnego obrotu. Radość tym większa, że mamy w Perth zespół Orquestra Yambeque, który często gra salsowe koncerty. Wiecie, co się wtedy dzieje? Ja nie wiem, bo przepadam na parkiecie jak kamień w wodę, czyli szukajcie sobie wiatru w polu. Może go znajdziecie na koniec imprezy z potarganymi włosami i bez tchu, kiedy się już wyhula do woli. W pompie mam chodaki. Dla mnie dens ma sens!

 

2015-07-30 16.49.494. Przyjaźń – nie nie zna granic i nie liczy lat.

Szkoda trochę, że o tej ważnej rzeczy dowiedziałam się dopiero w Australii, ale lepiej późno niż wcale, prawda? Myślę, że ma to podłoże kulturowe, bo w Polsce różnica wieku i wychowanie w atmosferze zwracania się per pan i pani stwarzają dystans i sprawiają, że od pewnych rzeczach ze starszymi od siebie po prostu rozmawiać nie wypada.

W Australii również poznaje się różnych ludzi w różnym wieku. Mówienie sobie na ty nie ujmuje szacunku, ale zdecydowanie znosi bariery w komunikacji. W ten oto sposób mam  jednocześnie koleżanki w wieku mojej mamy i takie, które dopiero co skończyły studia. I co z tego? W towarzystwie każdej kawa smakuje tak samo wybornie. Bardzo cenię sobie każdą osobę, z którą mogę rozmawiać, wymieniać się poglądami i doświadczeniem. Przyjaźń przecież nie sprawdza daty urodzenia, wystarczy lubić ludzi i samemu dać się ludziom lubić. Jestem szczęściarą, że ten australijski los stawia na mojej drodze pozytywne osoby :-)

Inna sprawa to granice, te w wymiarze geograficznym. Czas zweryfikował, kto przyjaciel, a kto nie. I jest w Polsce taka jedna, która mimo posiadania dwójki dzieci i ogólnego codziennego urwania doopy potrafi napisać do mnie i wysłać zdjęcie. Z domu, z wrocławskiego rynku i z urlopu. Nie obraża się, jeżeli akurat po pracy mam telefonowstręt i nie chce mi się jej odpowiedzieć, pisze do mnie i tak. Taka fajna jest. Na śmierć i życie :-)

2015-07-30 16.51.305. Mój jest ten kawałek podłogi…

nie mówcie mi więc, co mam robić!

W jednej z wcześniejszych notek napisałam, że w Australii uczę się być asertywną. Ogólnie rzecz ujmując na emigracji człowiek uczy się sam o sobie niesamowicie dużo nowych rzeczy. Hej, to naprawdę ja? Przez większość część życia, a właściwie to całkiem do niedawna byłam osobą uległą na wpływy innych, przez co często na własne życzenie dostawałam po nosie. Byle tylko ktoś się nie pogniewał, byleby zadowolić pół świata. Szkoda tylko, że nie mojego. W pewnym momencie poczułam, że pozwalam wchodzić z butami tu i tam i i miarka się przebrała. Jedna jaskółka wiosny może i nie uczyni, ale już jedna kropla potrafi przepełnić cały dzban. Jakim prawem, pytam? Doszłam do pewnej granicy i odbiłam się jak od ściany odkrywając w sobie umiejętność artykułowania słowa NIE. Czy to w pracy, czy w życiu towarzyskim – nie znaczy nie. Jeżeli coś mi nie odpowiada lub z czymś się nie zgadzam, to nie przytakuję. Dodam do tego upór godny samego pana osła. Nie ma takiej mocy, żeby mnie do czegokolwiek zmusić. Mój małżonek zapewne to tylko potwierdzi. 

Zmiany są czymś naturalnym. Zmiany są potrzebne. Moja lista pt. Czego dowiedziałam się o sobie w Australii jest ciągle otwarta. A może to raczej niekończąca się opowieść? Na pewno do niej powrócę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Australopitek pisze, Emigracja i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w Australii

  1. ~Scarlett pisze:

    Świetny tekst :)
    Też nie raz się przekonałam, że same podróże już wiele uczą. Nie tylko poznajemy samą kulturę, zachowania naszych towarzyszy w sytuacjach, powiedzmy, kryzysowych, ale przede wszystkim możemy wsłuchać się w siebie i lepiej siebie poznać (choć niby myślimy, że znamy samego siebie na wylot).
    Zazdroszczę Ci tej Australii, oczywiście pozytywnie zazdroszczę :)

  2. ~baixiaotai pisze:

    :D Dobrze, że nauczyłaś się stawiać granice; dobrze, że odkrywasz piękno kraju, dobrze, że możesz zrobić pierogi (u nas nie ma nawet sera kanapkowego). Ale szkoda, że nie przepadasz za owocami morza – potrafią być naprawdę pyszne :)

    • Australopitek pisze:

      Pewnie kiedyś nauczę się je jeść :) Nie macie sera? zapraszam do nas na pierożki, bliżej chyba niż do Polski :)

  3. ~Wojtek pisze:

    Rewelacyjne czytanie! Pozdrawiamy z obecnie goracego Wroclawia :)

  4. ~Hanna Kuo pisze:

    Mam to samo ze znajomymi! Identyczna sytuacja. Na Tajwanie jakoś wszysktie dziewczyny-Polki znają się i nie ma bariery na „PANI”, choć co po niektóre są ode mnie starsze o 2o parę lat… A propos znajomych w Polsce, no cóż. Moja „najlepsza przyjaciółka” odezwała się do mnie RAZ! Bo jest zajęcia pracą (nie tak, jak w Twoim przypadu koleżanka ma dodatkowo 2 dzieci a i tak zawsze napisze). Teraz widzę, komu na mnie tak na prawdę zależy, a kto już dawno mnie ze swojego życia wywalił. :D

  5. ~Jarek pisze:

    Hej
    Fajny blog. Dzisiaj dopiero na niego wpadlem ale bede zagladal a moze i kiedys uda sie dolaczyc.
    Ja z owocami morza mialem tak jak Ty. Pokochalem je kiedy na jednym z wyjazdow trafilem w czas i miejsce w ktorym poza nimi nie bylo nic do jedzenia a ja bylem juz tak glodny ze zjadl bym gorsze rzeczy niz krewetka. Bosheee… jakie to byly pysznosci ;)
    Mysle wiec ze to po prostu kwestia wlasciwej chwili.

    Aaaa … czy mozna prosic i wiecej fotek? Moga byc nawet z rogu ulicy byle by australijskiej :D

    Pozdrawiam serdecznie z goracego Rzeszowa.

  6. ~Dominika pisze:

    jak zawsze swietny post. kilka rzeczy zauwazylam rowniez u siebie ;)

  7. ~Anula pisze:

    Super blog! Pozdrawiam i zapraszam również na moją stronę Facebook – Och życie… a i dzięki za odwiedziny u mnie :-)

  8. ~Bella pisze:

    Witam.Wpadlam na te strone przypadkiem szukajac co mozna przezyc i zwiedzic w Perth.Jestem na 3miesieczne wakacje powiedzmy i moi przyjaciele u ktorych mieszkam sa bardzo zalatani praca itd.Sama niewiem co z soba zrobic????Moze ktos mi cos :-)???Jestem towarzyska i brak mi ludzi..Jestem juz 2- tyg.a nic nie widzialam….help :-) :-) :-)

  9. ~Bella pisze:

    Apropo text.Super :-) Troche mnie przypomina :-) Tylko ze ja zyje od 26 lat w germany ale zwiedzam ,co sie da i jak sie da :-) Australia….no osobiscie jeszcze nie zwiedzilam ale jest moim marzeniem,,,,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>