„Julia w Australii”. Recenzja książki i konkurs.

julia-w-australii-b-iext45108617

Kilka dni temu ukazała się nowa książka Julii Raczko pt. Julia w Australii. Autorka bloga Where is Juli + Sam wyruszyła w samotną podróż dookoła świata, z której nigdy nie wróciła. A dlaczego? Ponieważ – w wielkim skrócie – w Australii poznała Sama, zakochali się w sobie, zamieszkali razem w Brisbane i żyją długo i szczęśliwie podróżując przez Down Under.

Właśnie w tę podróż Julia zabiera swoich czytelników dzieląc się wspomnieniami z miejsc, które odwiedziła. A jest ich tak wiele! W książce jest wszystko, co sama chciałabym wiedzieć przed wyjazdem na Antypody. Wg Julii Australia to nie tylko najbardziej znane kilkumilionowe Sydney czy Melbourne, ale to również niewielkie osady pośrodku niczego. To duże odległości, puby, w których jak mgła unosi się zapach lokalnego piwa i słynne fish & chips, które najlepiej smakują konsumowane na skarpie z widokiem na ocean. To najbardziej wyszukany smak kawy w kubku na wynos, winnice skąpane w słońcu i czerwień ziemi w outbacku. Australia i jej mieszkańcy to historia i bogactwo wszystkich religii i kontynentów. Wielka Rafa Koralowa, Uluru i Great Ocean Road. Wszystko w obrębie jednego państwa-kontynentu, a tak daleko od siebie.

Mieszkam w Australii już prawie cztery lata. Dzięki Julii powróciłam w myślach do ulubionych, dobrze mi znanych miejsc w Australii Zachodniej i pomyślałam, że właśnie tak pięknie tam jest! Do tego fotografie, które jeszcze bardziej rozbudzają wyobraźnię i zwiększają chęć na poznawanie Australii. Z wypiekami na twarzy czytałam barwne opisy z kolejnych wypraw w miejsca, które wciąż na mnie czekają.

Książki nie przeczytałam jednak w ciągu jednego dnia… To po prostu nie jest możliwe! Podróż Julii to nie jest jeden lot tam i z powrotem, lecz kolejne wyprawy przez cały kontynent. Po przeczytaniu każdego rozdziału odczekałam kilka dni, aby móc cieszyć się kolejnym etapem. Julia podpowiada, w jaki sposób zorganizować podróż przez Australię i nie zbankrutować. To nie jest przewodnik w stylu Australia w miesiąc, lecz raczej To jest moja Australia, poznaj , gdzie klasyczne opisy miejsc z wątkami kulturowo-historycznymi przeplatają się osobistymi wpisami z pamiętnika autorki

Książka Julia w Australii powinna znaleźć się na liście lektur obowiązkowych osób planujących wyprawę do krainy Oz. Dowiecie się między innymi, dlaczego przewożenie owoców i warzyw z jednego stanu do drugiego jest zabronione, gdzie znajduje się muzeum Mad Maxa  i jak duża jest kopalnia złota Super Pit w Kalgoorlie. Dlaczego Julia musiała posiadać certyfikat RSA oraz w jaki sposób aborygeńska dziewczynka kwestionuje sens uwieczniania na zdjęciach twarzy osób spotkanych w podróży.

Książkę pokochają również emigranci. Wielu z nich ma podobne historie o trudnych początkach, kiedy wszystko dookoła jest nowe – miejsce zamieszkania, ludzie, praca… Czy Julia tęskni za Polską? Tego dowiecie się czytając opowieść o niej – młodej dziewczynie w Australii, podróżniczce i emigrantce. Polecam!

KONKURS, KONKURS, KONKURS!

Pierwsza osoba, która prawidłowo odpowie na pytanie Jakie zwierzęta i dlaczego znajdują się w godle Australii otrzyma egemplarz książki „Julia w Australii”! Pozostali uczestnicy otrzymają ode mnie pocztówkę z Sydney :)

Na odpowiedzi czekam do 2 listopada. Wysyłka na terenie Polski. Zapraszam! 

zdjęcie pochodzi ze strony www.empik.com

Opublikowano Bez kategorii, Emigracja | Otagowano , , , , , | 18 komentarzy

Perth vs. Sydney. Które miasto wybrać?

Perth vs Sydney

 W Perth mieszkałam trzy lata i tam stawiałam swoje pierwsze kroki po drugiej stronie globu. Do Sydney przeprowadziłam się  dziesięć miesięcy temu i wciąż uczę się życia w wielkomiejskiej dżungli multi kulti. Znajomi w Sydney często pytają o porównanie, jak żyje się na wchodnim, a jak na zachodnim wybrzeżu Australii. Czy lepiej, czy inaczej? Nie znam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Perth to mój pierwszy australijski dom, a Sydney… jeszcze nie wiem. Zebrałam jednak swoje obserwacje w całość, przeczytajcie.

Życie miejskie

Wychowałam się w niewielkiej miejscowości u stóp Karkonoszy. Studiowałam w Opolu, mieszkałam we Wrocławiu i wówczas to były dla mnie duże miasta. Wyjeżdzając do Perth myślałam taka metropolia, jak ja tam się odnajdę! A teraz jeszcze na dokładkę Sydney… Mamma mia, oszaleć można!

Jeżeli bierzecie pod uwagę Perth lub Sydney jako przyszłe miejsce zamieszkania w australijskim raju, zastanówcie się, który styl życia miejskiego będzie wam bardziej odpowiadał. Odnoszę wrażenie, że w oddalonym od wszystkiego Perth czas płynie o wiele wolniej. Bo i do czego się spieszyć… Oczywiście, że są korki w godzinach porannych i popołudniowych, ale tylko przez chwilę. Miasto budzi się wczesnym rankiem i zasypia po godzinie 18, kiedy ostatni zgasi światło w biurze. O Perth mówi się, że to idealne miejsce dla życia rodzinnego. Jest spokojniej, nikt się nigdzie nie spieszy, a w tygodniu można znaleźć czas i na pracę, i na przyjemności. Istnieje pewna granica pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym, co bardzo sobie cenię.

Dopiero po przeprowadzce do Sydney zrozumiałam, co znaczy żyć w metropolii. Obecnie w Sydney mieszka ponad 5 milionów ludzi, o milion więcej niż w 2011. Ludzie od rana pędzą jak nakręceni w kierunku stacji kolejki. Sąsiad w pośpiechu odwozi dzieci do przedszkola, bo już o 8 rano ma spotkanie z klientem. Samochody, jak na komendę, wyjeżdżają na drogi i rozmnażają się w zastraszającym tempie. Korki w Sydney są od rana do wieczora. W Perth posiadanie samochodu było koniecznością, a w Sydney jeździmy Suzi wyłącznie, kiedy wybieramy się na cotygodniowe zakupy lub wycieczkę za miasto.

W Sydney jest więcej pracy, ale też i dłużej się pracuje. To miejsce, żeby zrobić karierę, rozwinąć skrzydła i pofrunąć w inne miejsce. Ludzie, spędzając godzinę w pociągu lub autobusie w drodze do pracy śpią, czytają książki lub już uruchamiają służbowe laptopy. Bo przecież trzeba odpisać szefowi. Ech, w Sydney wszystko jest takie pilne!

Turystyka

Znaczna większość turystów rozpoczyna zwiedzanie Australii w Sydney. Przejść po Harbour Bridge i pstryknąć fotkę pod operą – marzenie wielu. I słusznie, bo budynek opery, mimo że otwarty zaledwie w 1973r, jest ikoną Sydney. Miasto tętni życiem do późnych godzin wieczornych (lub wczesnych porannych – jak kto woli). Muzea, wioska olimpijska, zatoka, rejsy promami po rzece, plaże, parki narodowe, góry i trasy wycieczkowe, restauracje i puby – w dowolnej kolejności, w zależnosći od upodobań. W Sydney nikt nie będzie się nudził, a wszystkie atrakcje są w zasięgu transportu publicznego. Lubię Sydney za to, że mimo wielkomiejskiego charakteru jest dostępne dla turystów. Tutaj znajdziesz 10 rzeczy, które trzeba zrobić w Sydney.

Najlepsze miesiące na zwiedzanie Sydney i Nowej Południowej Walii to listopad – kwiecień. Latem temperatury sięgają 35 stopni odczuwa się wilgoć, ale czy komuś to przeszkadza? Z Sydney można również szybko dolecieć do Nowej Zelandii, Nowej Kaledonii, na Tasmanię lub Fidżi.

Perth jest mniejszym miastem, więc można zwiedzić więcej miejsc w krótszym czasie. Osobiście uważam, że pięć dni wystarczy, żeby zobaczyć najważniejsze punkty na turystycznej mapie Perth, do których można dotrzeć transportem publicznym. Aby dotrzeć w ciekawe miejsca poza miastem, konieczne jest posiadanie samochodu. Różnica pomiędzy Perth, a Sydney jest taka, że podczas, gdy Sydney tętni życiem całą dobę, Perth milknie wraz z zachodem słońca. Oczywiście, restauracje i puby są otwarte, jednak ogólnie jest jakby… ciszej(?!).

Najlepsze miesiące na zwiedzanie Perth i Australii Zachodniej to, podobnie jak Sydney, listopad – kwiecień. Temperatury sięgają 35-40 stopni, a klimat jest suchy (pranie schnie w 15 minut – sprawdziłam!). Bliżej stąd do Azji. Lot na Bali trwa tylko 3,5 godziny. Sprawdźcie, co można robić w Perth.

 Rynek pracy 

Sytuacja na rynku pracy w Perth jest powiązana z sytuacją gospodarczą całego stanu. Na północy Australii Zachodniej wydobywa się węgiel kamienny i brunatny, rudy żelaza, uran, gaz, ropę, metale oraz minerały. Kiedy więc ceny surowców na światowych rynkach wzrastają, w Perth rynek pracy jest bardzo przyjazny dla pracowników. Nowe projekty i zapotrzebowanie na kadrę, wysokie zarobki i – co się z tym wiąże – wysoki poziom życia. Wspaniale, prawda? Jednak około dwóch lat temu ceny surowców znacznie spadły. Cena baryłki ropy jest obecnie najniższa od 1990 roku. Z kolei największe w ciągu ostatnich 25 lat spowolnienie gorpodarki Chin spowodowało zmniejszenie zapotrzebowanie na węgiel. Redukuje się koszty realizacji istniejących projektów, a nowych właściwie się teraz nie rozpoczyna.

Co to oznacza dla osób poszukujących pracy w Perth? Ogranicza się wydobycie i koszty, nie potrzeba więc tylu pracowników. Firmy w Perth redukują zatrudnienie i zdarza się, że jednego dnia firma zwalnia kilkaset osób. Ludzie zostają bez pracy, więc weryfikują i ograniczają wydatki swojego gospodarstwa domowego. Zamiast napić się kawy w kawiarni, zaparzą sobie w domu. Zamiast kupić lanczyk „na mieście”, sami ugotują. Remont kuchni może poczekać, a mniejszym samochodem też można wszędzie dotrzeć. To taki rodzaj reakcji łańcuchowej.

Jeżeli więc myślicie, żeby emigrować do Perth w niedalekiej przyszłości, przemyślcie to kilka razy. Firmy sporadycznie sponsorują nowych pracowników. Po co mają zatrudniać osoby, które dopiero co przyleciały do Australii, jeżeli mogą wybierać w setkach kandydatów z lokalnym doświadczeniem. Jeżeli któryś z agentów migracyjnych roztacza przed wami wizję sielsko-anielskiego żywota w Perth, to was oszukuje.

Uwaga: Piszę na podstawie własnych doświadczeń pracy w branży inżynieryjnej (naftowej i górniczej). Polak potrafi, wierzę w to! Jeżeli masz inny fach w ręku, głowę pełną pomysłów i chcesz zmieszkać w Perth, nie wahaj się! :)

Decydując się na przeprowadzkę do Sydney wiedzieliśmy, że tutejszy rynek pracy oferuje o wiele więcej możliwości rozwoju zawodowego. Rozmawialiśmy z ludźmi, którzy już tutaj mieszkają oraz śledziliśmy ogłoszenia pojawiające się w internecie. Rzeczywiście bardzo szybko, zarówno Piotrek, jak i ja podpisaliśmy umowy o pracę. Zgodnie przytakujemy, kiedy ktoś nas pyta, czy wyjazd do Sydney był dobrą decyzją. Istnieje całe mnóstwo planów na rozbudowę miasta i zmian zagospodarowania przestrzennego. W centrum Sydney wyburza się stare budynki, aby zastąpić je nowymi, jeszcze wyższymi. Drogi, budownictwo komercyjne i mieszkaniowe, lotnisko, nowa linia kolei miejskiej, projekty telekomunikacyjne – brzmi dobrze, prawda? To wszystko sprawia, że przez następne kilka lat to Sydney będzie atrakcyjnym rynkiem pracy, nie Perth. Tylko w lutym tego roku moja korpo zatrudniła pięć osób z Perth. Poziom wynagrodzeń jest porównywalny do Perth. Ponownie pojawia się reakcja łańcuchowa: jest praca, przyjeżdżają ludzie, rośnie zapotrzebowanie na wszelkie usługi i produkty. Tak to działa, w każdą stronę.

Nieruchomości

W przypadku nieruchomości pojawia się kolejna rozbieżność. W związku z kryzysem gospodarczym w Australii Zachodniej, populacja Perth zmniejszyła się z 2 do 1,8 miliona ludzi. Wiem, że wielu z Was marzy o Australii, ale nawet stąd ludzie czasem wyjeżdżają. Skończyła się era pracowników FIFO (fly in – fly out), którzy byli najlepszym źródłem dochodu dla właścicieli nieruchomości. Ludzie nie rzucają się już na aplikacje o wynajem mieszkań i domów niczym głodne wilki. Ba, dobrze jest, jeżeli na horyzoncie w ogóle pojawia się ktoś zainteresowany. Obecnie jest świetny czas, żeby nieruchomości w Perth kupować, nie sprzedawać. Już we wrześniu 2014, kiedy szukaliśmy mieszkania do wynajęcia, byliśmy często jedynymi zainteresowanymi. Nie mieliśmy więc problemu, żeby znaleźć to, co nam najbardziej odpowiadało. Kilka miesięcy później właściciel próbował mieszkanie sprzedać, nie było jednak żadnego zainteresowania pomimo, że dwukrotnie obniżał cenę.

W Sydney odwrotnie, ceny nieruchomości paraliżują. Przynajmniej mnie :) Mieszkanie, które wynajmujemy – około 70 m2, trzydziestoletni budynek, blisko stacji pociągu i centrum handlowego, pół godziny od centrum miasta jest warte w Sydney $800000 AUD, podczas gdy w Perth takie mieszkanie można kupić za co najmniej połowę mniej. Wynajem mieszkań w Sydney jest droższy o około 30% niż w Perth. Nowe budynki mieszkaniowe w Sydney, zazwyczaj wieżowce, powstają jak grzyby po deszczu. Wspomniane wcześniej zmiany zagospodarowania przestrzennego polegają najczęściej na wyburzaniu dwupiętrowych bloków lub starszych domów, aby deweloper mógł wybudować kolejny wieżowiec z dziesięciokrotnie większą liczbą mniejszych mieszkań za o wiele większe pieniądze. Praktycznie większość mieszkań jest wykupiona jeszcze, zanim budynek zostanie oddany do użytku.

Dwa australijskie miasta, tak bardzo różne! Sentymentem darzę Perth, a rozum podpowiada Sydney… Które miasto wybrałbyś ty?

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja, Moje życie w Oz | Otagowano , , , , , , , , , , | 16 komentarzy

Moja emigracja. Moja droga.

IMG_9514-1 (1024x683)

Wpis ten powstał w ramach Projektu nad Projektami Klubu Polki na Obczyźnie. Autorki blogów, Polki mieszkające w różnych częściach świata, prezentują historię swojej emigracji.

Moja historia… Siedzę i myślę… Może zacznę od początku. Do Australii przyleciałam w styczniu 2013. Nie mieszkałam wcześniej poza Polską i wyjazd do Australii wydał mi się zupełnie nierealny. Było to spełnienie marzeń mojego małżonka, nie moich. Cały wyjazd organizował on, nie ja. W Polsce wiedliśmy całkiem miłe życie i nie odczuwałam najmniejszej potrzeby, żeby to wygodne gniazdko opuszczać. Nie uznaję jednak sytuacji, kiedy jedno z małżonków wyjeżdża, a drugie zostaje. Nieważne, jak daleko – Wielka Brytania, Australia, Przylądek Kości Słoniowej, czy Katowice. Uważam, że jeżeli wyjeżdżać gdziekolwiek, to tylko razem. Wyjazd poprzedziły godziny rozmów, podczas których tak przeplatało się z nie, ale wierna poglądom, że razem lub wcale zgodziłam się.

Pierwsze trzy lata spędziliśmy w Perth na zachodnim wybrzeżu Australii, a od stycznia 2016 mieszkamy w Sydney. Temat wiz i pracy odstawiam dzisiaj w najbardziej oddalony kąt i skupiam się na tym, jak wyjazd z Polski zmienił mnie samą.

Połowę drogi na lotnisko spędziłam ze spuszczoną głową, co chwilę sięgając po nową chusteczkę. Przez głowę przechodziły tysiące myśli z siłą tsunami. Do jasnej cholery, po co mi? Mimo, że nikt mnie do wyjazdu nie zmuszał, czułam się jak wygnaniec, jak gdybym już miała nie spotkać się ze swoimi bliskimi. Czułam, że droga do Warszawy to koniec wszystkiego. A powinnam przecież skakać pod chmury i z uśmiechem na ustach oznajmiać całemu światu, że lecę do Australii! Tylko, że ja wcale tego nie chciałam. Opuściłam to, co znałam na wylot, gdzie było mi dobrze na rzecz… no właśnie, na rzecz czego? Odpowiedzi nie znałam ja i nie znał jej mój mąż. On leciał do Australii z ciekawymi planami na życie, a mną targała niepewność, czy to się w ogóle może udać. Emigrację postrzegałam jako najgorszą rzecz, która kiedykolwiek mi się mogła przytrafić. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, jak ja bardzo tej emigracji potrzebowałam!

W jednym z wcześniejszych wpisów mogliście przeczytać, że podróże kształcą, a emigracja kształtuje:

Jeżeli do tej pory wydawało ci się, że twoje osobowość i charakter są już ukształtowane niczym gipsowy odlew, to zapraszam na drugi koniec świata. Warunki: kupujesz bilet w jedną stronę, miejscowość znasz wyłącznie z map google, nie znasz nikogo, nie wiesz, gdzie zamieszkasz zabrałeś jedną walizkę i chcesz w wybranym miejscu pozostać na zawsze. Zapewniam cię, że dopiero wtedy zobaczysz, jaki potencjał  w tobie drzemie, ile gór potrafisz przenieść, ile promocji znajdujesz nagle w marketach i jakie instynkty się w tobie obudzą.

Zdania nie zmieniłam. Co więcej, ten nowy świat otworzył mi okno z widokiem na nową siebie i specjalnie dla mnie przygotował nowe ścieżki do odkrycia. Czasem labirynty, gdzie niejednokrotnie chciałam uderzyć głową w mur, a czasem proste jak te na równinie Nullabor.

Czas sobie płynął, a ja z dnia na dzień czułam, że mogę więcej, niż mi się wydaje. A może po prostu nie doceniałam tego, co już umiem. Bałam się rozpoczynać wszystko od nowa, ale to przecież nie może być przypadek, że dzisiaj mieszkam w największym australijskim mieście, o którym marzą miliony ludzi. Przy każdym kolejnym małym sukcesie, strach topniał ustępując miejsca pewności siebie i determinacji w dążeniu do kolejnego celu. I to uczucie zdziwienia O, udało się?! My Polacy mamy niesamowite skłonności do umniejszania swoich osiągnięć. Zapewniam każdego z was – niepotrzebnie. Mamy się czym chwalić, a w Australii o osiągnięciach rozmawia się ot tak, zwyczajnie. W ten sposób doszłam miejsca, w którym mogę powiedzieć, że nie taka emigracja straszna, jak o niej piszą. Emigracja okazała się dla mnie szansą. Nie należy się jej bać, lecz chwytać! Co wy na to?

Jeszcze bardziej pokochałam podróże. W ciągu trzech i pół roku zdwiedziłam takie miejsca, o których mieszkając w Polsce mogłabym jedynie pomarzyć. A tu proszę, świat jest przecież taki różnorodny i piękny! Dzisiaj tu, jutro tam. Lecąc do Polski przemieszczam się w czasoprzestrzeni obserwując z błękitnej wysokości Australię, Azję i Europę i odnoszę wrażenie, że za każdym razem kula ziemska jest coraz mniejsza.

Mając przed sobą nieznaną przyszłość, doceniłam przeszłość. Uwielbiam latać do Polski i widzieć ją za każdym razem jeszcze piękniejszą. Mam najwspanialszą rodzinę, jaką sobie tylko można wymarzyć. Poziom polskiej edukacji i jakości usług znacznie przewyższają australijskie standardy, serio. W Australii też jest dobrze! Być może zostanę tutaj na wieki wieków, ale nie wykluczam, że kiedyś ponownie zamieszkam w Europie. Chcę zwiedzić Azję i marzę, żeby zatańczyć salsę na Kubie. Nie tęsknię, jeżeli chcecie o to zapytać. Emigracja otworzyła mi oczy na to, co się dzieje dookoła mnie. Tego nie widać w pudełkowym świecie, bo ściany ograniczają, kradną powietrze i promienie słońca. A ja chcę zwiedzać świat i poznawać go wszystkimi zmysłami. Na obczyźnie różnie bywa, wiadomo. Bywają złość, bezsilność i frustracja. Częściej jednak są przyjaźnie, radości małe i duże, oczekiwanie na spotkania i łzy wzruszenia. Dla takich chwil chcę żyć. Nic nie muszę, mogę wszystko. A do tego dorzucam chcę, lubię i potrafię - moje ulubione słowa. Dlatego świadomie wybieram emigrację. Emigracja jest kobietą, a kobiety są silne. Ja jestem silna. Za każdym razem, kiedy słyszę piosenkę Wielka woda Maryli Rodowicz, myślę sobie to przecież o mnie! Prowadź mnie, życie, tam gdzie muzyka gra!

Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej.
Na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej -
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów…
Na wszystkie moje złe bogi
niebogi z moich snów.

Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
czarnych głębin niepewnych
i opowieści rzewnych…
Drogi białosrebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
piachów siebie niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych…

I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra.
…nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa,
póki życie trwa.

 

Taka jest właśnie historia mojej emigracji moja droga.

Wasza obywatelka świata, Emilia Wójcik.

Opublikowano Australopitek pisze, Co w Perth piszczy, Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , , , , | 10 komentarzy

Przyjaźń na emigracji – przyjaźń bez granic?

Australo

Dzisiejszy post powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem blogerki, Polki mieszkające w różnych częściach świata piszą o przyjaźni. Jak zaprzyjaźnić się z ludźmi krajów, w których mieszkamy? Jak czas i nasza emigracja wpłynęły na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Pantha rei, czyli wszystko płynie. Ludzie przychodzą i odchodzą. Temat rzeka i jednocześnie bardzo indywidualna sprawa. Ilu ludzi, tyle przypadków wrzuconych do wielkiego wora dobrych i złych doświadczeń z przyjaciółmi.

Przylatując do Australii miałam niewielkie pojęcie o jej mieszkańcach. Wcześniej  jedynie naczytałam się książek Beaty Pawlikowskiej i Billa Brysona przedstawiające Aussies jako ludzi wiecznie szczęśliwych. Rzeczywiście, Australijczycy słyną w świecie ze swojego pozytywnego usposobienia. Chociażby nie wiem co się działo, wszystko jest no worries. Uśmiech na twarzy, ręce w kieszeniach i jest klawo. Czasami aż ciężko uwierzyć, że Australijczycy również doświadczają zmartwienia życia codziennego. Potrafią jednak spokojnie do tego podejść, a do tego pozostają mili i życzliwi, więc sprawiają wrażenie ludzi, których wszelkie problemy omijają szerokim łukiem.

Czy łatwo jest zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem? Mam nadzieję, że tak. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ mnie się to – jak dotąd – nie udało. Lubię Australijczyków, cenię sobie miłą i pełną szacunku atmosferę w pracy. Miło jest spotkać się na barbecue i przechylić kufel ze złotym napojem, jednak nazywanie tego przyjaźnią? W jednej ze swoich książek Agnieszka Perepeczko napisała, że nie lubi przyjęć w Australii, bo są nudne i pełne paplaniny o niczym. I mnie właśnie brakuje rozmów na poważniejsze tematy. W moim rozumieniu przyjaźni słowo friend jest nadużywane. Jest jeszcze mate, które może oznaczać zarówno przyjaciela, jak i kolegę. Australijczycy przyjaźnią się w pubach w piątkowe popołudnia, na babskich herbatkach i urodzinowych imprezach, ale kiedy kurtyna opadnie, każdy zabiera swoje zabawki i wraca na swoje podwórko. Mówiąc to mam na myśli, że Australijczycy są również ludźmi zdystansowanymi i jasno stawiają granice zażyłości międzyludzkiej. Podsumowując, uważam, że nie jest łatwo zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem. Mam kilku dobrych znajomych, ale do przyjaźni droga jest daleka.

Jednak musi być wyjątek, żeby potwierdziła się reguła. We wpisie o naszej podróży przez południe Australii pisałam o farmerach z Esperance – Dee i Evercie. Absolutnie wspaniali ludzie, którzy zaufali nam i otworzyli przed nami swój dom. Ludzie zupełnie odbiegający od australijskiego schematu zawierania powierzchownych przyjaźni. Miałam opory, żeby napisać o Australijczykach cokolwiek niepochlebnego, bo to naprawdę mili ludzie. Jednak w kontekście przyjaźni zupełnie inni niż Polacy. Po prostu.

Co ja na to? Długo myślałam, jak to skomentować. Nie mieszkałam w żadnym innym kraju, więc mogę się odnieść wyłącznie do Australii. Na podstawie swoich dotychczasowych obserwacji i doświadczeń sądzę, że w Australii o wiele łatwiej jest zawrzeć przyjaźnie w swoich kręgach kulturowych. Dotyczy to każdej grupy etnicznej. Nie tyle znajomość tego samego języka, lecz mentalność, zrozumienie zachowań, podobne zainteresowania, czy nawet pochodzenie z sąsiadujących ze sobą krajów sprawiają, że zdecydowanie łatwiej nawiązać znajomości i zyskać nowych przyjaciół. Na emigracji podświadomie poszukuje się ludzi podobnych do siebie, bo przecież swój do swego ciągnie. Zdarza się jednak również, że Polacy na emigracji od innych Polaków uciekają. Oczywiście, mają do tego prawo. Bo Polak oszukał, bo okradł i jeden Bóg wie, co jeszcze zrobił. Bywa i tak, jak wszędzie moi drodzy. Natomiast moi najlepsi znajomi i przyjaciele w Australii to właśnie Polacy i nie narzekam. Nie stronię, nie odwracam głowy i często wręcz zagaduję ludzi, kiedy słyszę język polski. Mnie więc emigracja do Polaków wręcz zbliża.

Czy mój wyjazd wpłynął na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Hmm… nie. Twierdzę, że przyjaźń nie zna granic, ponieważ świat jest już teraz naprawdę mały i dzięki technologii można pozostać w kontakcie równie często, jak będąc w Polsce. Gorzej tylko z odwiedzinami :)

Mam przyjaciół w Polsce, z którymi nie utrzymuję kontaktu codziennie, ale skoczę za nimi w ogień, jeżeli tylko o to poproszą. Mam też jedną jedyną przyjaciółkę, z którą rozmawiam częściej, niż z własnymi rodzicami. Taka klasyczna babska przyjaźń, jak z literatury kobiecej.

Poznały się w pracy, jedna nie znosiła drugiej przez x czasu, aż razu pewnego okazało się, że mają wspólną pasję, a teraz to już w ogóle żyć bez siebie nie mogą. Znacie to? Jesteśmy totalnie różne, zupełnie jak woda i ogień. Ona oddana matka, ja niespokojny duch. Ona opanowana bardzo, ja dużo mniej. Ona blondynka, ja brunetka. Gdyby złożyć jej górną z moją dolną częścią ciała, to byłaby z nas całkiem niezła kopia Jennifer Lopez. Nie umiem sobie wyobrazić, że będąc w Polsce nie zatrzymam się na Klasztornej we Wrocławiu na kilka dni. Poza tym za kilka miesięcy Justyna – matka Polka – przyleci sama do Sydney na trzy tygodnie. I za to ją cenię najbardziej – za dystans do siebie i do otaczającej ją rzeczywistości. (Na marginesie, pisząc ten post siedzę właśnie u niej w salonie :))

Dlaczego wam o tym piszę? Ponieważ przyjaźń traktuję z najwyższym szacunkiem. Umieszczam w jednej szufladzie ze zdrowiem, szczęściem i rodziną i jest dla mnie nie tylko wartością, ale i stanem świadomości. W ostatnim czasie przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” zmieniło się na „prawdziwych przyjaciół poznaje się w sukcesie”. Zgodzicie się? I tylko takich przyjaciół wam życzę, niezależnie od czasu, kręgu kulturowego i szerokości geograficznej.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

5000 kilometrów przez cztery stany Australii, czyli podróż samochodem z Perth do Sydney

Już od dłuższego czasu rozważaliśmy przeprowadzkę na drugie wybrzeże Australii. Niskie ceny surowców spowodowały znaczne spowolnienie gospodarki Australii Zachodniej, w związku z czym firmy szukają oszczędności w postaci obniżania wynagrodzeń lub grupowych zwolnień i często wstrzymują nowe projekty. I tak naprawdę jedyną rzeczą która powstrzymywała nas przed wyjazdem z Perth była moja praca, ale skoro korpo mnie już nie potrzebowała, decyzja co dalej była oczywista – przeprowadzamy się do Sydney.

Jako pierwsze wypowiedzieliśmy umowę o wynajem mieszkania. Słowo się rzekło i nie było odwrotu. Klamka zapadła – dosłownie. Wiedzieliśmy, że meble sprzedamy, ale co z samochodem? Wysłać statkiem? Przetransportować koleją? Nie. Pojedziemy w podróż życia! 5000 kilometrów przez cztery stany Australii.

Trasa

Część dobytku zapakowaliśmy do Suzi, a resztę w pudła, które przyjaciele obiecali nam wysłać. Ponieważ przy okazji chcieliśmy zwiedzić kilka miejsc, całą wyprawę podzieliliśmy na kilka etapów. Każdy inny, wyjątkowy i bardzo australijski.

  1. Perth – Esperance

Za każdym razem, kiedy ktoś opowiadał o wycieczce do Esperance, ogarniała nas zazdrość, bo wszędzie mówią i piszą o śnieżnobiałym piasku na plażach i zapierających dech w piersiach krajobrazach. Dlatego postanowiliśmy zostać tu na kilka dni i zobaczyć te cuda.

Nie zawiedliśmy się. Urzekł nas bardzo zróżnicowany krajobraz. Plaże szerokie na kilkadziesiąt metrów, które znajdują się w corocznych rankingach najpiękniejszych plaż Australii i park narodowy Cape le Grand z wszechotaczającą zielenią. Kolejne wspaniałe spotkanie z przyrodą i nauczka, że nawet w Australii jednego dnia można wygrzewać się w +40 stopniach, a dzień później zakładać sweter i kurtkę, bo wiatr chce urwać głowę. Ba, przy tym wietrze można nawet chodzić po górach!

W Esperance nocleg znaleźliśmy u Everta i Dee. To prawdziwi aussie farmerzy, którzy z pokolenia na pokolenie z zamiłowaniem uprawiają australijską ziemię. Evert zabrał nas na wycieczkę po farmie opowiadając o uprawach i żniwach. Nie byliśmy w stanie ogarnąć wzrokiem granic działek i nie potrafię w wiarygodny sposób przybliżyć wielkości farmy. Podam więc liczby – 2500 hektarów ziemi, 6000 oleju napędowego zużywane w ciągu 6 dni, ileśdziesiąt tysięcy ton gryki i pszenicy sprzedanych przy użyciu aplikacji po ostatnich żniwach, 4000 owiec, kilka quadów i motocykli, a w przeszłości również i helikopter. Robi wrażenie? Na nas zrobiło piorunujące. Zakochaliśmy się w Esperance i przez chwilę rozważaliśmy kilkumiesięczny przystanek w tej niewielkiej mieścinie. Dee i Evert próbowali różnych sztuczek magiczek, aby nas przekonać, ale nie – plan był inny i postanowiliśmy jechać dalej.

  1. Esperance – Adelajda

Czy wyobrażacie sobie podróż przez nicość? Tak, że jesteście tylko wy, wasz samochód i opcjonalnie towarzysz podróży? Że macie wrażenie, że jedziecie i jedziecie i końca nie widać?

Właśnie czegoś takiego doświadczyliśmy podróżując przez równinę Nullabor. Odcinek pomiędzy Esperance i Adelajdą to w większości busz, czasami osady liczące kilkudziesięciu mieszkańców i stacje benzynowe oddalone od siebie średnio o 150-200 kilometrów. I to wszystko. Wiedząc, że przez najbliższe trzy dni dostęp do wody będzie mocno ograniczony, zrobiliśmy odpowiednie zapasy.

To była najbardziej nużąca trasa, jaką kiedykolwiek jechaliśmy. Człowiek jedzie x godzin i już nie wie, co ma ze sobą zrobić, żeby nie zasnąć. Już nawet znaki ostrzegające przed zwierzyną pojawiającą się na drodze znienacka nie pomagają. Za to w trakcie entej już godziny jazdy, kiedy wszystkie dotychczasowe metody na niezasypianie zawodzą, można odkryć w sobie nowe talenty, np. recytowanie wierszy lub śpiewanie. Wszystko, żeby tylko powieki się nie opadły.

Droga jest tak dłuuuuga i tak niewiele się na niej dzieje, że w kilku miejscach jest poszerzona, aby mogły na niej awaryjnie lądować samoloty. Pewnie kryje się za tym jakaś ciekawa historia, poczytam i wam opowiem.

Trzy dni jazdy od świtu do zmierzchu dawały nam się we znaki. Dojeżdżaliśmy możliwie jak najdalej, ale tak, żeby zdążyć przed zmrokiem i nocowaliśmy na polach kempingowych przy stacjach benzynowych. Dopiero od Port Augusta poczuliśmy powrót do cywilizacji. Mogliśmy powiadomić rodziny, że żyjemy i mamy się dobrze. Do Adelajdy zostało już tylko kilkaset kilometrów. Phiiii. Bułka z masłem.

W Adelajdzie spędziliśmy trzy dni. Kochamy poznawać lokalne historie, dlatego odwiedziliśmy Muzea Imigracji i Australii Południowej. Ciekawe, że prawie w każdym australijskim muzeum są wystawy o historii, sztuce i kulturze Aborygenów. Ta w Adelajdzie była jednak pewnego rodzaju podsumowaniem etapu podróży przez Nullabor Plain. Teren, który dla nas był jedną wielką plamą na mapie Australii Południowej, dla Aborygenów jest domem. Z dala od cywilizacji, z dala od ludzi, za to u siebie i wśród swoich. Rzeczywiście, dziwiliśmy się, skąd w buszu tyle kamieni ułożnych w coś na kształt granic. Zupełnie, jakby ktoś chciał się odgrodzić lub wyznaczyć swój teren. Piękne to!

Wracając do Adelajdy. Samo miasto wydało nam się mini kopią Perth, bez szaleńczych całonocnych imprez, ale bardzo miłe miejsce do życia i blisko do plaż. Nie spodziewaliśmy się, że Adelajda nas czymkolwiek zaskoczy, a jednak.

IMG_8592-1 - Kopia

Dzięki super fajnym rodakom poznaliśmy prawdziwą naturę miśków koala. Nieruchome i spokojne, puchate i z mięciutkim futerkiem. Takie je zawsze widzieliśmy w rezerwatach Australii Zachodniej. Dodalibyśmy również określenie, że leniwe, bo przez cały dzień przyczepione do eukaliptusów, najedzą się liści i śpią całymi dniami. Hah, do czasu, aż panu koala zbierze się na amory. I my właśnie na ten moment trafiliśmy. Wiecie, jak to wygląda? Pan koala wspina się po gałęzi powoli, z nadzieją na wiadomo co, aż tu wybranka chlast go przez łeb z otwartej łapy! A jakie słuchowisko! Co najmniej jak świnobicie u sąsiada w zagrodzie. Piski, wrzaski i charczenie. Uważaj mała, nadchodzę! To ty uważaj, mały szary skurczybyku! Summa sumarum tyle hałasu o nic, ale staliśmy przez kilka minut bez ruchu szczęśliwi, że mogliśmy to przedstawienie zobaczyć :)

Jedźmy dalej…

  1. Adelajda – Melbourne.

Nareszcie mogę to napisać. Odcinek trasy z Adelajdy do Melbourne był najpiękniejszą częścią naszej wyprawy. Kolejne trzy dni za kierownicą i dwa noclegi. Opuśliśmy Australię Południową i wjechaliśmy do Wiktorii. I to ciągłe uczucie, że nic nie musimy, nikt nas nie pogania, że jedziemy, bo chcemy. Takie chwile są nie do zastąpienia. Kolejny tysiąc kilometrów, z czego skupmy się na najważniejszych dwustu czterdziestu trzech. Trzy słowa – Great Ocean Road.

W klasycznym opisie z przewodnika turystycznego dowiecie się, że Great Ocean Road to malownicza trasa turystyczna wzdłuż oceanu, rozciągająca się od Warrnambool do Torquay. To prawda, ale nasza wersja przewodnika brzmiałaby tak: Great Ocean Road to 243 km drogi, gdzie zatrzymujesz się średnio do trzysta metrów po to, żeby wydać z siebie okrzyk zachwytu na widok coraz to nowych skał wynurzających się z groźnych wód oceanu. Każda ma swoje imię i historię. To trasy na długie spacery. To miejsce na mapie świata, gdzie błękit wody i biel fal z szumem odbijają się od wapiennych klifów o poszarpanych kształtach. To bryły, mosty i jaskinie uształtowane przez matkę naturę.

Great Ocean Road to również miejsce historyczne i największy pomnik w Australii, bo drogę zbudowali żołnierze, którzy walczyli podczas I wojny światowej. Ich trud jest dedykowany tym żołnierzom, którzy na froncie polegli. Pierwsze pomiary geodezyjne miały miejsce w 1918 roku, a cała budowa została ukończona w 1932 roku. W Muzeum Great Ocean Road w Lorne można obejrzeć wystawę-opowieść, jak przebiegała realizacja projektu budowy drogi. Szczerze polecamy!

IMG_9086

W połowie Great Ocean Road dojeżdża się do najbardziej popularnego miejsca Great Ocean Road – Dwunastu Apostołów. Najwięcej ochów i achów odija się echem od klifów właśnie tutaj. Pierwotna nazwa skał to Locha i Prosiaki… Ykhm, Ykhm… Przyznajcie, że Dwunastu Apostołów brzmi zdecydowanie lepiej. Jak tam jest? Pięknie! Może sam na sam z naturą sobie tutaj nikt nie pobędzie, bo ludzi dookoła nadzwyczaj dużo, ale ja uparcie twierdzę, że to idealne miejsce, żeby pobyć z samym sobą. Warto zatrzymać się na noc w okolicach Dwunastu Apostołów, na brzegu oceanu wykrzyczeć, co na sercu leży, podumać, powiedzieć dobranoc i następnego dnia wyruszyć w dalszą podróż.

IMG_8983

Trasa Great Ocean Road rzeczywiście przebiega w całości wzdłuż oceanu i oddaje całe piękno turystycznej części Australii. Po drodze mija się bowiem nadmorskie (nadoceaniczne?) kurorty z dziesiątkami pól namiotowych i hoteli. Plaże łączą się ze sobą, a z fal wynurzają się muskularne sylwetki surferów z burzą blond loków i deską pod pachą. Taaak, dokładnie tak, jak w filmach. Odcinek od Lorne aż do Torquay to najbardziej wietrzne plaże, gdzie regularnie odbywają się zawody surfowania. Jest to również miejsce, gdzie powstały kultowe marki sprzętu do surfowania – Curl Rip i Quicksilver – znacie? W Torquay kończy się Great Ocean Road i stąd już tylko 100 km do Melbourne.

  1. Melbourne – Sydney

Do Melbourne dojechaliśmy późnym wieczorem. Tym razem nie planowaliśmy zwiedzania miasta, ponieważ w Melbourne byliśmy już wcześniej, tylko jeden nocleg i w dalszą drogę. Dobrzy ludzie przyjęli nas pod swój dach i zaoferowali parking dla Suzi. I tutaj dostaliśmy niezłą nauczkę…

Przez całą drogę staraliśmy się wybierać miejsca, gdzie samochód można zostawić na noc w bezpiecznym miejscu, ponieważ część dobytku mieliśmy ze sobą. Byliśmy zmęczeni podróżą i ostatnią rzeczą, na którą mieliśmy ochotę, to ponowne wyciąganie gratów z samochodu tylko po to, żeby następnego dnia je upychać. Ściągnęliśmy jedynie rzeczy z dachu, ale bagażnika już nie odkręciliśmy. I to był błąd.

W budynku, gdzie mieszkają nasi gospodarze jest parking rotacyjny. Mieszkania mają przyporządkowane swoje mobilne miejsca, które sterowane elektronicznie przemieszczają się w pionie i poziomie i na swój samochód trzeba poczekać jak na windę. Na naszym miejscu parkingowym jak byk było napisane, że dozwolona wysokość samochodu to 1.82cm. Sprawdziliśmy wysokość Suzi z bagażnikiem – 1.85cm, ale wjechała do garażu bez większych problemów. I tak ją zostawiliśmy na noc, żeby sobie i ona odpoczęła.

Zorientowaliśmy się jednak, że z materaca zeszło powietrze i Piotrek jednak musi zejść ponownie do garażu po zapasowy. Długo go nie było… Okazało się, że w tym czasie ktoś inny parkował swój samochód i platformy przesunęły się tak, że dosłownie zdarły cały bagażnik i mocowania z dachu pozostawiając kilka widocznych wgnieceń na Suzi. Kosztowało nas to sporo czasu, bo znaleźć nowe części do bagażnika dachowego w niedzielny poranek nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Tanie to również nie było, ale cóż, za głupotę się płaci. Jeżeli Chińczyk w instrukcji użytkowania pisze, że 182cm to maksymalna wysokość, to tak jest i koniec. A my, jak statystyczni Polacy mądrzy po szkodzie :-)

Z nowym bagażem, jakkolwiek to zabrzmi, doświadczeń wyruszyliśmy w stronę Sydney. Niestety nie wystarczyło nam czasu, żeby jechać wzdłuż oceanu, chociaż tak bardzo chcieliśmy. Zwiedzanie wybrzeża na południe od Sydney zostawiliśmy sobie na następny rok, bo przecież chwilę w Nowej Południowej Walii zostaniemy.

Ostatnia nocka w drodze, ostatnia prosta i nareszcie dojechaliśmy! Sydney przywitało nas słońcem i… korkami, bo dotarliśmy popołudniu. Cali, zdrowi i szczęśliwi! Czy to koniec tej podróży? Wręcz przeciwnie – to początek nowego etapu w naszym życiu!

Dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli, którzy pomogli nam w tej wyprawie oferując dach nad głową i strawę. Dziękujemy tym, którzy otwierając nam drzwi do swojego domu sprawili, że poczuliśmy się w nim, jak u siebie. Dziękujemy Dee i Evertowi z Esperance, Elli z Adelajdy, Tomkowi i Korze z Melbourne. Jesteśmy Wam bardzo, ale to bardzo wdzięczni! Jowita i Piotr – dzięki Wam ujrzeliśmy nowe oblicze misiów koala. Odwiedzajcie nas w Sydney!

Wszystkim przyjaciołom dziękujemy za wsparcie i wiarę, że w Sydney czeka na nas coś dobrego. Tęsknimy za wami, ale odpowiadając  na pytanie, czy było warto było przejechać 5000km i cztery stany Australii mówimy 3 x TAK. Decyzja o przeprowadzce do Sydney była jedną z najlepszych i najpiękniejszych, jakie mogliśmy podjąć. Serio :-)

Opublikowano Australopitek pisze, Emigracja, Moje życie w Oz, Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 16 komentarzy

Wycieczka w Góry Błękitne i spotkanie z Trzema Siostrami

20160326_181218

*Wpis w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie Baśniowe postacie z naszych krajów* 

To były nasze pierwsze święta wielkanocne w Sydney. W tym roku postanowiliśmy zerwać ze staropolską tradycją wielogodzinnego gotowania, polerowania mebli na wysoki połysk i przystrajania domu kolorowymi króliczkami. Nawet pisanek nie było,  a menu niedzielnego śniadania ograniczyliśmy do białego barszczu i kromki chleba. W zamian za to podarowaliśmy sobie odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi i wycieczkę, o której chcę wam dzisiaj opowiedzieć.

Uwielbiamy poznawać nowe miejsca. W wielkanocną sobotę pojechaliśmy na cały dzień w Góry Błękitne. Zaledwie półtora godziny jazdy samochodem z Sydney w głąb lądu i znika krajobraz miejskiej dżungli. Powietrze ma inny, świeży i chłodny zapach przyjemnie drażniący nozdrza. Wiem, że znowu jestem na łonie natury. I po raz kolejny zdaję sobie sprawę, jak wiele Australia oferuje nam, malutkim ludziom i jak wiele jeszcze jest w niej do odkrycia.

Góry Błękitne to pasmo górskie stanowiące część Wielkich Gór Wododziałowych. Park Narodowy Gór Błękitnych rozciąga się na obszarze około 1400 km² i jest wpisany na listę dziedzictwa światowego Unesco. Wiecie, jak pachnie eukaliptus, prawda? To teraz wyobraźcie sobie, że waszym oczom ukazuje się bajeczny widok gór i dolin pokrytych eukaliptusowym lasem. Możesz zerwać listek i poczuć ten zapach, poczuć radość, że jesteś w tym miejscu tu i teraz. Olejek eteryczny unosi się w powietrzu tworząc poświatę o delikatnie niebieskim zabarwieniu, stąd nazwa gór. Błękitne Góry o zapachu zieleni.

Większość ludzi swoje wędrówki po Górach Błękitnych rozpoczyna od spotkania z Trzema Siostrami. Nie tymi z dramatu Czechowa, chociaż takie było moje pierwsze skojarzenie (no co, jestem rusycystką). Nazwa najbardziej znanej formacji skalnej Gór Błękitnych pochodzi od legendy aborygeńskiej o o trzech dziewczętach – Meehni, Wimlah and Gunnedoo żyjących wśród plemienia Katoomba w dolinie Jamison.

trzy siostry


http://www.bluemountainstoursydney.com.au/

 Wszystkie trzy zakochały się w mężczyznach z sąsiedniego plemienia Nepean, jednak prawo nie zezwalało na zawieranie małżeństw z osobami spoza plemienia. Mężczyźni postanowili więc porwać dziewczęta, ale wtedy szaman z plemienia Katoomba w obawie o ich bezpieczeństwo zaklął je w kamienie. Wkrótce szaman zginął w walce, a nikt inny nie potrafił odczarować dziewcząt i przywrócić ich do świata żywych. Odtąd witają i rzucają urok na wędrowców Gór Błękitnych, bo kto raz Góry Błękitne zobaczy, ten jeszcze  zapragnie do nich wrócić.

Trzy Siostry

Podobnie było z nami. Wycieczkę rozpoczęliśmy od Echo point, gdzie Trzy Siostry witają ludzi dumnie prężąc się w świetle słońca. Stamtąd pokonaliśmy 900 schodów w dół – świetne ćwiczenie dla góro-maniaków! W drodze powrotnej to schody pokonały nas  :-) Ponadto całe mnóstwo tras pieszych o różnych stopniach trudności, góra-dół, góra-dół, góra-dół. I tak cały dzień, od wodospadów do punktów widokowych po to, aby na koniec wyciągnąć się na trawie, założyć ręce za głowę i stwierdzić, że jest się szczęściarzem mogąc to wszystko zobaczyć, dotknąć i poczuć.

Aby tak się stało, wycieczkę w Góry Błękitne należy dokładnie zaplanować. W jaki sposób?

Po pierwsze – sprawdź pogodę. Słońce za oknem w dzień wycieczki nie zawsze oznacza piękną pogodę w Górach Błękitnych. Pogoda w Nowej Południowej Walii bywa kapryśna i warto sprawdzić dokładne prognozy na wiarygodnym portalu.

Po drugie – zaplanuj ten dzień. Polecam wizytę w centrum informacji turystycznej (np. w Katoomba), gdzie dostaniesz mapy i obsługa podpowie ci, w którą stronę warto pójść. Powiedz, jakie masz oczekiwania – dzikie wspinaczki, czy też może po prostu spacer i grill ze znajomymi, a ktoś miły pomoże ci zaplanować trasę.

Po trzecie – zabierz odpowiednie buty. Nie bądź taki aussie i nie wygłupiaj się wspinając się po górach… w japonkach. Nieważne jak gorąco by nie było. Względy bezpieczeństwa to jedno, a drugie to nigdy nie wiesz, co za chwile wyskoczy spomiędzy drzew i krzaków. Pamiętaj, że to Australia, mate.

My zakochaliśmy się w Górach Błękitnych na tyle, że już planujemy powrót do Trzech Sióstr. To idealne miejsce na spotkanie z przyjaciółmi, na wspólną wędrówkę, rozmowy o życiu, na śmiech i na wspólny posiłek. Czy na wszystkie najpiękniejsze rzeczy, na które  zazwyczaj brakuje nam czasu… :-)

Opublikowano Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , | 2 komentarzy

Horror po australijsku

Horro

Horror po australijsku? Tak właśnie. Nie mówię o pająkach czychających w butach, o wężach pełzających w ogrodzie, czy o rekinach szarpiących biednych surferów, bo to jest poprostu australijska rzeczywistość i z naturą tutaj nikt się nie sprzecza. Tym bardziej, znając pogodne i przyjazne usposobienie Australijczyków niezwykle trudno uwierzyć, że w ogóle znają słowo horror.

Opowiem Wam dzisiaj o jednym z nastraszniejszych filmów, jakie w swoim życiu widziałam. Nie jestem kinomanem, co więcej – od kilku lat nie posiadam w domu telewizora, więc zapewne wiele mnie ominęło, a w historii kinematografii powstało już całe mnóstwo strasznych filmów. Jednak mając w pamięci swoją podróż samochodem przez całe południe Australii, trzydniową jazdę przez busz i poszukiwanie noclegów w mrocznych osadach ludzkich pośrodku niczego, film który obejrzałam wydaje mi się być najbardziej mrożącą krew w żyłach historią. Bo to przecież mogło spotkać mnie… Brrrr…

W 1995 Greg McLean nakręcił Wolf Creek. Tytułowe miejsce to krater na północy Australii Zachodniej powstały około trzysta tysięcy lat temu po uderzeniu meteoru o wadze pięćdziesięciu tysięcy ton. Średnica krateru wynosi około dziewięćset metrów i z lotu ptaka prezentuje się tak:

www.astro.lu.se

fot. www.astro.lu.se

Pięknie, prawda? Chcielibyście zwiedzić? Jak dla mnie bajecznie i intrygująco jednocześnie. W filmie Wolf Creek to miejsce zamienia się w nierówną i krwawą walkę o życie.

Troje backpackersów – dwie Brytyjki i Australijczyk – kupują stary samochód i wyruszają w podróż przez północ Australii, aby zobaczyć i poczuć odległą dla miejskiego zgiełku dzikość outbacku i zaznać niczym nieograniczonej wolności. Plaże, niebo pokryte milionem gwiazd i czerwień ziemi aż po horyzont. Wdech, wydech… Australia!

Liz, Kristy i Ben docierają do Wolfe Creek (oryginalna nazwa miejsca), gdzie po zmroku ich samochód ulega awarii. Postanawiają spędzić noc pod gołym niebiem i poczekać, co przyniesie jutro. Wtedy pojawia się on – Mick Taylor – oferując nocleg i pomoc w naprawie auta. Młodzi ludzie dość sceptycznie reagują na propozycję Mike’a, lecz ostatecznie zgadzają się i wszyscy razem jadą jeszcze przez kilka godzin do osady Mike’a na południu od Wolfe Creek. W trakcie jazdy Mike zyskuje ich zaufanie opowiadając ciekawe i śmieszne historie. Kiedy docierają na miejsce, postanawiają odpocząć przy ognisku. Gospodarz częstuje Liz, Kristy i wodą, po wypiciu której wszyscy nadzwyczaj szybko zasypiają…

Następnego dnia Liz budzi się w szopie skuta kajdankami. Udaje jej się uwolnić i kiedy już zamierza uciec, dociera do niej krzyk Kristy i widzi Mike’a okaleczającego i wykorzystującego dziewczynę seksualnie. Samochód, który Mike obiecał naprawić, leży teraz w częściach. Liz podpala samochód, strzela do Mike’a raniąc go w szyję, zabiera Kristy i razem podejmują próbę ucieczki. Mike przeżył i rozpoczął pogoń za dziewczętami, która dla każdej zakończyła się tragicznie.

Liz wraca do obozu oprawcy i odkrywa, że nie są jego pierwszymi ofiarami. Mężczyzna okazuje się bowiem seryjnym mordercą, który najpierw uszkadza samochody turystów zatrzymujących się w przydrożnych barach, a następnie śledzi ich i pojawia się z nienacka oferując pomoc w momencie, kiedy nie mogą uruchomić samochodu w samym środku buszu. Zwabia ludzi do swojej osady, gdzie upaja ich wodą z rozpuszczonym środkiem usypiającym, a po przebudzeniu torturuje i zabija. Po obejrzeniu taśm z kamer ofiar Mike’a, Liz zamiera w bezruchu z przerażenia, a chwilę później Mike odcina jej trzy palce i wbija nóż w kręgosłup.

Kristy dotarła do autostrady. Kiedy myślała, że już pokonała Mike’a, kiedy przejeżdzający samochód zatrzymuje się i ratuje dziewczynę, Mike strzela do Kristy i kierowcy. Następnie wrzuca zwłoki obojga do bagażnika i podpala samochód.

Ale chwila, gdzie jest Ben? Również jego Mike nie oszczędził. Chłopak budzi się przybity gwoździami do ściany. Przed sobą widzi wściekłe i głodne, zamknięte w klatkach rottweilery, od których dzielą go zaledwie centymetry. Ben uwalnia się pozwalając, aby gwoździe w całości przeszyły jego kończyny. Udaje mu się uciec w busz. Zostaje odnaleziony, wyczerpany i odwodniony, przez dwoje backpackersów ze Szwecji, którzy zabierają go do Kalbarri. A stamtąd trafia już do szpitala.

Ciał Liz i Kristy nigdy nie odnaleziono. Mike’a Taylora nikt nigdy nie widział… O morderstwa podejrzewano Bena, który po kilku miesiącach spędzonych w areszcie został uniewinniony.

Tak przedstawia się historia z Wolfe Creek w wielkim skrócie. Cały film znajdziecie tutaj:

Wolf Creek został oparty na faktach. Znane są dwa przypadki morderców turystów w Australii. W 1996 roku, Ivan Milat został skazany na karę siedmiokrotnego dożywocia za zamordowanie siedmiu backpackersów. Wiedząc, że są daleko od domu i nieprędko ktoś będzie ich szukał, oferował transport, zaprzyjaźniał się, a następnie zapraszał do swojego obozowiska. Domyślacie się, jak wyglądał dalszy przebieg wydarzeń.

W stanie Terytorium Północne, w 2001 roku Bradley John Murdoch zwabił dwoje turystów – Petera Falcone i Joanne Lees w podobny sposób. Petera zastrzelił, jego ciało nigdy nie zostało odnalezione. Joanne udało się uciec. W 2001 roku Joanne wydała książkę pt. No turning back (znalazłam wyłącznie w języku angielskim).

Opublikowano Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , | 6 komentarzy

Jak szukać pracy w Australii?

Do Sydney dotarliśmy w połowie stycznia, a już na początku lutego rozpoczęłam pracę w nowej korpo. Szybko? Myślę, że całkiem nieźle. Zwłaszcza kiedy człowiek trafia w zupełnie nieznane miejsce i musi sobie na nowo zorganizować życie.

Jak szukać pracy w tej nowej i nieznanej przestrzeni? Dzisiaj chcę wam opowiedzieć, w jaki sposób szukaliśmy pracy w ciągu trzech lat pobytu w Australii – w Perth i Sydney. Posłużę się własnym doświadczeniem, czyli cała prawda i tylko prawda.

  • Agencje pracy

W Australii szukanie pracy przez agencje jest bardzo powszechne i często ludzie pierwsze kroki kierują właśnie tam.

Zadaniem agencji jest znalezienie zajęcia dla kandydata – na zlecenie lub umowę o pracę, na krótszy lub dłuższy okres czasu. Pod uwagę brane są – w zależności od stanowiska – wykształcenie, umiejętności oraz wiza. Status wizowy jest bardzo istotny, ponieważ określa ile godzin tygodniowo kandydat może pracować (my przeszliśmy wszystkie etapy wizowe: stydencka, sponsorowana i pobyt stały). Zarówno w Perth, jak i w Sydney aplikowaliśmy o pracę przez różne agencje. Podpowiem wam, jak można zwiększyć swoje szanse w starciu z dziesiątkami osób aplikujących o dane stanowisko przez stronę agencji.

Po pierwsze. Przygotujcie odpowiednie CV. Nie mówię o działającym cuda formacie i złotych marginesach. Skupmy się na treści. Wiadomo, że na początku szuka się jakiejkolwiek pracy, żeby zacząć zarabiać i w międzyczasie szukać innej, tej jedynej i wymarzonej. Jednak szukając pracy tymczasowej jako malarz, nie wręczaj CV z opisem kariery inżyniera z wieloletnim doświadczeniem, bo nic z tego nie wyjdzie. Złota rada naszego agenta migracyjnego – przygotuj sobie dwa CV. Jedno profesjonalne dla aplikacji o pracę w zawodzie (które już pewnie masz emigrując do Australii), a drugie z wszystkimi mniej ambitnymi / sezonowymi / studenckimi (wybierz odpowiednie dla siebie) pracami, które kiedykolwiek wykonywałeś. Przyda się, kiedy będziesz szukać pracy tymczasowej. Nie wstydź się, że byłeś malarzem, murarzem, kelnerem lub magazynierem. A jeżeli nie byliście, to użyj wyobraźni i przelej ją na papier. To działa!

Po drugie. Weź CV w rękę swą, zaznacz na mapie miasta adresy agencji pracy, włóż wygodne obuwie i wybierz się na długi spacer. Do każdej agencji wejdź, przedstaw się i wręcz swój życiorys. Zapytaj, czy możesz się zarejestrować. Bardzo często okazuje się, że któryś z rekruterów znajdzie akurat chwilę, aby z Tobą porozmawiać. Kontakt osobisty i rozmowa sprawią, że rekruter spośród tłumu zapamięta ciebie. Kiedyś jeden ze znajomych (Zabier, piona!) poradził nam, żeby zwracać uwagę, czy przy ogłoszeniach są podane nr telefonu rekrutera. Warto wtedy po wysłaniu CV zadzwonić do agencji i dopytać, czy otrzymali aplikację i porozmawiać z rekruterem. I znowu – dzięki kontaktowi osobistemu zwiększy się szansa na zaproszenie na rozmowę lub… spotkanie przy kawie. O tym w punkcie następnym.

  • Znajomości, znajomości…

No właśnie. Coś, co większość z nas uważa za godne potępienia, haniebne i w ogóle fuj. W Australii pracę po znajomości otrzymuje się w nieco inny sposób, niż w Polsce. Tutaj to się ładnie nazywa networking. Regularne spotkania z ludźmi z branży oraz nawiązywanie kontaków sprawia, że ludzie będą cię kojarzyć jako specjalistę w danej dziedzinie. Jeżeli ktoś proponuje ci kawę, przyjmij zaproszenie. Sam też kogoś zaproś. Nie bój się tego, w Australii rozmowy przy kawie czy lunchu o biznesie i potencjalnych obopólnych korzyściach współpracy to normalna rzecz. Mężowi rozmowę przy kawie zaproponował… rekruter (patrz punkt 1.). Ważne też, żeby kontakty podtrzymywać i co jakiś czas  zadzwonić lub napisać email. Zapytać, co tam panie w biznesie piszczy. A jeżeli jesteś nowy w wielkim mieście i nikogo nie znasz, poszukaj w internecie informacji o spotkaniach, gdzie można poznać ludzi z branży. Polecam też wydrukowanie wizytówek, nawet jeżeli pracy dopiero szukasz. To też działa.

Zdarzyło mi się, że zostałam polecona do pracy, ale ja również polecałam. I tutaj kolejna porcja informacji – w Australii poleca się wyłącznie osoby kompetentne na dane stanowisko. Nikt nie zaryzykuje swojej dobrej opinii polecając osobę, której dobrze nie zna. Poza tym od osoby aplikującej o posadę oczekuje się umieszczenia na cv nazwisk kilku osób, które wystawią nam referencje. Uwierzcie, referencje są w Australii sprawdzane. Dlatego nie bójcie się networkingu, nikt tutaj nie nazwie was lizusem :)

  •  Seek.com.au

Pytanie najczęściej zadawane przez osoby, które dopiero przyleciały do Australii brzmi gdzie szukać pracy? I wtedy wszyscy pomocni chórem odpowiadają seek.com.au. To taki odpowiednik polskiej strony pracuj.pl. Niektórzy twierdzą, że to mało wiarygodne źródło, bo na seek ogłoszeń jest całe mnóstwo i człowiek nie wie, czy to prawdziwe, czy fikcyjne ogłoszenia (a bywają i takie). Ale, ale… Przyjeżdżając do Sydney nie znaliśmy nikogo (w sensie zawodowym), więc w jaki sposób mieliśmy szukać pracy? Ja tym razem aplikowałam wyłącznie przez seek i skoro znalazłam pracę po trzech tygodniach to chyba aż tak źle być nie może :) Nie ma więc co się obrażać na najbardziej tradycyjne metody aplikacji o pracę, tylko zakasać rękawy i wysyłać, wysyłać i jeszcze raz wysyłać. A jak już nie macie siły to… nadal wysyłać! Ogłoszenia przeglądałam i przeglądam nadal. W Perth rynek pracy jest obecnie bardzo ograniczony, ponieważ gospodarka Australii Zachodniej przeżywa kryzys, ale za to Sydney oferuje o wiele więcej możliwości zawodowych we wszystkich dziedzinach.

  • Linkedin

W Australii posiadanie profilu zawodowego na Linkedin jest bardzo powszechne. Poprzez przynależność do grup i udział w dyskusjach można nawiązać kontakty lub poznać ludzi z firm, w których chcemy pracować. Można też dać się odnaleźć rekruterowi. Zapytałam o to koleżankę z działu HR. Reczywiście, rekruterzy korzystają z Linkedin poszukując kandydatów na pozycje do swoich firm. Zdarza im się również oglądać profile kandydatów, ale zdaje się, że to po to właśnie ten portal istnieje – szukać, ale również pozwolić się znaleźć. Podsumuj swoje doświadczenie zawodowe tak, aby australijski rekruter zatrzymał się przy twoim profilu na dłużej, a następnie chwycił słuchawkę i wykręcił twój numer telefonu. Wpisz wszystkie dyplomy, certyfikaty i umiejętności, które posiadasz. No już, śmiało!

  • Gumtree 

Jeżeli dosłownie przed chwilą wylądowałeś na australijskiej ziemi i poszukujesz jakiejkolwiek pracy, żeby nie tracić oszczędności przywiezionych z Polski, polecam przejrzeć gumtree.com.au. Mniejsze firmy poszukujące pracowników najczęściej umieszczają ogłoszenia właśnie tutaj. Zazwyczaj są to proste, tymczasowe prace (długoterminowe też się zdarzają!), ale przynajmniej jakieś $$$ zasilą konto. Życie w Australii do najtańszych nie należy i na początku codzienne wydatki potrafią przyprawić o ból głowy, zwłaszcza, jeżeli przelicza się dolary na złotówki i odwrotnie.

Mam dla ciebie trzy autorskie wskazówki dotyczące poszukiwania pracy w Australii:

1. Nie pozwól sobie wmówić, że doświadczenie zawodowe z Polski jest niewiele warte.

Australijskie firmy często wymagają lokalnego doświadczenia zawodowego. Uwierz, że twoje doświadczenie zdobyte w Polsce w niczym nie gorsze od australijskiego. Często jest wręcz przeciwnie. Jeżeli odbierzesz ten długo wyczekiwany telefon od rekrutera, powiedz, że wszystkiego nauczyłeś się w Europie i zacznij o tym opowiadać. Mnie to niejednokrotnie pomogło.

2. Nie bój się rozmawiać o pieniądzach.

W Australii informacja o wynagrodzeniu często umieszczona jest już w samym ogłoszeniu o pracę. Na zasadzie dajemy tyle, chcesz to aplikuj, nie chcesz to nie. Jeżeli informacji takiej nie ma, to w trakcie rozmowy rektuter pyta kandydata o oczekiwania finansowe i oczekuje konkretnej odpowiedzi. Zapewne jak wielu z was, w Polsce firmy miałam zakaz ujawniania osobom postronnym, ile zarabiam. Dopiero w Australii oduczyłam się patrzeć w sufit, kiedy padało TO pytanie.

2. Nie odmawiaj.

Znajdujesz ogłoszenie w swojej branży, super firma i kasa też całkiem niezła. Jest jedno ale – kontrakt na trzy miesiące. Co tu robić? Podpowiadam – aplikować.

Do firmy, w której obecnie pracuję, zostałam zatrudniona na miesięczny kontrakt. W trakcie tego miesiąca okazało się, że koleżanka z oddziału w Melbourne odchodzi i otrzymałam propozycję przedłużenia kontraktu na rok. Po sześciu miesiącach, kiedy firma poznała mnie, a ja firmę otrzymałam umowę na czas nieokreślony. Gdybym jednak rzeczywiście rozstała się z korpo po pierwszym miesiącu, zdobyłabym australijskie referencje. Dlatego jeżeli firma oferuje ci pracę na czas określony, nie odmawiaj.

Takie właśnie mam doświadczenia w kwestii szukania pracy w Australii. Jak dotąd powyższe metody mnie nie zawiodły. Jeżeli macie inne, sprawdzone sposoby – podzielcie się!

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja | Otagowano , , , , , , | 23 komentarzy

Stoi na stacji lokomotywa…

logo zdjęcie

Cztery i pół miesiąca. Tyle mnie tutaj nie było. Mnie samej ciężko jest w to uwierzyć. Mój blog, moje dziecko pozostawione ot tak sobie niczym bezpański pies. W tym czasie otrzymywałam zarówno od przyjaciół, jak i zupełnie obcych mi ludzi wiadomości z pytaniami, gdzie wpisy, no gdzie? No właśnie. Było ich mnóstwo i wszystkie w głowie. Jednak głowy do pisania nie miałam.

Tak bardzo uwierzyłam to spokojne australijskie życie, w ten swoisty kieracik, że aż chciało się powiedzieć chwilo trwaj. Czułam się bardzo pewnie w swojej strefie komfortu i nie spodziewałam się żadnych zwrotów akcji.

Zacznijmy od tego, że rozstałam się z korpo. A właściwie to korpo rozstała się ze mną. W czerwcu przyjęłam propozycję przeniesienia na nowy, prestiżowy projekt budowy serwera dla nowo powstającej kopalni na północy Australii Zachodniej. Wow, marzenie wielu! Bardzo się ucieszyłam, że zdobędę doświadczenie w kolejnej super mega branży. I tak…

Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale, 
Ruszyła – maszyna – po szynach – ospale, 
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, 
I kręci się, kręci się koło za kołem, 
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, 
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi, 
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost! 
Po torze, po torze, po torze, przez most, 
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las, 
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas.

Dokładnie tak. Nic dodać, nic ująć. W najbardziej intensywnej fazie projektu pracowałam po jedenaście godzin, czasem z własnej i nieprzymusznej woli chodziłam do biura w soboty, żeby nadrobić zaległości. W Polsce nigdy przenigdy się nie zdarzyło, żeby moja noga przekroczyła próg biura w sobotę lub inny dzień wolny dla statystycznego Kowalskiego. Ciągle czułam presję, że muszę, że nie zdążę, że świat się zawali. W pewnym momencie wyglądałam jak swój własny cień, pan mąż przejął wszelkie obowiązki domowe, bo ja po powrocie z pracy zwyczajnie padałam na sofę i tkwiąc w bezruchu marzyłam, żeby nikt nic do mnie więcej tego dnia już nie powiedział ani słowa. Po nocach śniły mi się słuchawki od telefonu na nieskończenie długich kablach, oplatające całe ciało niczym bluszcz i bzdurne emaile wysyłane gdzieś w przestworza do nie wiadomo kogo. Bo to nie odbiorca wiadomości był ważny. Ważne, żeby wysłać, żeby zrealizować zadanie. I to prześladujące tykanie wskazówek zegara odliczające czas deadline’u…

Wtedy o sobie dało znać zdrowie mówiąc zwolnij dziewczyno, zwoooolnij! To samo powiedział mi lekarz, że w takim tempie to dogonię jedynie światełko w tunelu, o ile będę wystarczająco szybka. Zawsze uważałam się za okaz zdrowia i na słowa medyka wyłącznie prychnęłam lekceważąco z niedowierzaniem. Zosia Samosia chora? Jak widać, nie na wszystko marny człowiek ma wpływ. Ciało słabło, a wraz z ciałem dusza. Wyniki badań pokazały czarno na białym, że potrzebuję dalszej opieki specjalistycznej.

Dopiero wtedy zaświtała mi myśl A może by tak pożegnać się z korpo? Czułam nieludzkie zmęczenie, fizyczne i psychiczne. Po raz pierwszy (i ostatni) wzięłam udział w wyścigu szczurów. Takim, jaki zawsze opisują w gazetach. Czytając o ludziach, których praca w korpo doprowdza do różnych schorzeń myślałam zawsze, że mają, co chcieli, a ja nigdy taka głupia nie będę. Tiaaaa… Tymczasem sama doszłam do ściany i kiedy wszystko dookoła mówiło nie warto, ja ze wszelką cenę próbowałam walić głową w mur z przekonaniem, że przecież to pestka, że ja im pokażę!

Otóż g…no prawda, moi drodzy, bo to korpo pokazała mi środkowy palec wręczając pewnego słonecznego dnia wypowiedzenie. Klient się rozmyślił i zamiast osiemdziesięciu pięciu osób cały projekt miała realizować grupa dwudziestu osób. Dla mnie oznaczało to  redukcję etatu.

Usiadłam sobie na chwilę przy (jeszcze) swoim biurku i pierwsze pytanie, jakie mi się nasunęło to co ja teraz będę robić?

Nagle – gwizd!
Nagle – świst!
Para – buch!
Koła – w ruch!

Chyba same Niebiosa mnie oświeciły, że teraz mogę wszystko! Nie zastanawiając się zbyt długo wysłałam email pożegnalny do moich ulubionych współpracowników, spakowałam graty (nie do wiary, ile się przedmiotów wokół człowieka samoistnie gromadzi) i ruszyłam przed siebie. Do miasta, na zakupy! Miałam w końcu czas tylko dla siebie, bez maili i telefonów. Poczułam ulgę i jednocześnie obiecałam sobie, że nigdy, ale to nigdy więcej.

Przez kilka następnych dni uśmiech nie schodził mi z twarzy. Kiedy już nieco ochłonęłam, pojawiło się pytanie co dalej? Po pierwsze – już od jakiegoś czasu Piotr przebąkiwał o przeprowadzce do Sydney, więc kiedy, jak nie teraz? Miasto większe, możliwości dużo więcej. Tak naprawdę tylko moja praca zatrzymała nas w Perth na tak długo. Po drugie – na ostatnią chwilę znalazłam tanie bilety do Polski. Królestwo za widok uśmiechniętych twarzy rodziców i grzane wino na wrocławskim ryneczku! Kto zgadnie, co zrobiliśmy? Powiem wam. Najpierw polecieliśmy do Polski na trzy tygodnie, a wkrótce przeprowadzamy się do Sydney. Taka historia i bardzo krótkie streszczenie jednocześnie.

Nasza lokomotywa wyruszy więc wkótce ze stacji Perth w nieznanym nam jeszcze do końca kierunku, ale w głowie pojawiają mi się co chwilę nowe pomysły i nie wiemy, na jakiej stacji wysiądziemy mówiąc tak, tutaj będzie dobrze. Z tej czteromiesięcznej lekcji życia wyciągnęłam dla siebie kilka ważnych wniosków:

1. Zdrowie. Wartość nadrzędna. Uwierzyłam, że kiedy moje ciało i dusza mówią stop, to warto się zatrzymać i przyjrzeć, dlaczego tak się dzieje. Nigdy więcej nie zaprzedam duszy korpo za cenę zdrowia. O nie! Nie warto.

2. Nowe możliwości. Ojej, i co teraz? Teraz mogę wszystko! Jedne drzwi zostały zamknięte, ale ile innych otworzyło się w zamian. Spojrzałam w prawo, w lewo, w górę i w dół. I co widzę? Siebie w przyszłości i pasje, o których zapomniałam. Czas posprzątać ten grajdołek i odkurzyć to, co sprawiało mi radość, a czego wyrzekłam się dla mamony. Chcę zrobić coś dla siebie. Zasłużyłam na to.

3. Doświadczenie. Los zabrał mi to, co chciałam (lub myślałam, że chcę) robić, ale dał za to doświadczenie w innych dziedzinach. Wielkie ci dzięki, o łaskawy losie za twe hojne dary! Przydadzą się w przyszłości.

4. Zmiany. Są dobre i konieczne. Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, więc chcę być częścią zmian podejmując decyzje, zanim ktoś podejmie je za mnie.

Obecnie skupiamy się wyłącznie na przeprowadzce na wschodnie wybrzeże Australii. Planujemy trasę i noclegi. Co sprzedamy, a co zabierzemy. Piotr opanowany, ja spanikowana do granic niemożliwości. Czeka nas podróż samochodem z Perth do Sydney. Na pewno wam o tym opowiem!

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja, Moje życie w Oz | Otagowano , , , , , , , , | 10 komentarzy

5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w Australii

Człowiek jest sam dla siebie kopalnią wiedzy. Kopalnią, bo chcąc nie chcąc drąży i odkrywa coraz to nowe pokłady możliwości, coraz więcej siebie. Dzisiaj dzielę się z wami tym, czego o sobie na emigracji dowiedziałam się ja. Siadaj i czytaj! :-)

 

collage_20150730144155861_201507301454160741. Pierogi ruskie vs. owoce morza.

Prozaiczna rzecz, a dla mnie zdecydowany nr 1 na liście smaków dzieciństwa. Przed oczami mam obraz babci rozgniatającej z pasją kulki z ciasta do momentu, aż przybierały kształt idealnego koła. Następnie rytuał nakładania farszu i starannego sklejania brzegów w falkę. Takie piękne pierożki pokonywały drogę z wrzącej wody na talerze, aż po kilku dokładkach nie mogliśmy się ruszać.

W Australii niestety babci nie było, pierogów też nie. I wtedy poznałam nową zasadę kuchenną – CYO (cook your own), czyli ugotuj sobie sam(a). Cóż było robić. Przez te kilka pierwszych miesięcy chęci się nagromadziło tyle, że poddałam się tejże zasadzie, ale zaraz zaraz… skąd wziąć twaróg? Australijski odpadł w przedbiegach, bo tutejszy twaróg wygląda raczej jak serek wiejski. Podpytaliśmy więc wśród znajomych, bo w końcu w jakiś sposób te pierogi robią, gdzie kupić odpowiedni ser. Odpowiedź – u rzeźnika :-) I to nie był żart. O rzeźniku, rzeźniku, daj nam sera bez liku…

Nie miałam już więc wymówki, aby się wykręcić od spędzenia kilku godzin pochylona nad blatem kuchennym. Mąż nie wybaczyłby mi tego do końca żywota. Musiałam wyjechać na drugi koniec świata, żeby ugotować tradycyjną polską potrawę.

Teraz dla odmiany coś miejscowego – owoce morza. Jedyne, co jestem w stanie przełknąć to krążki z kalmarów, ale to jest absolutny wyjątek. Bleeeeehhhh. Wszystko inne ma dla mnie konsystencję gumowej podeszwy, a zapach przyprawia mnie o ból głowy. Mówią głupia. Może i tak, ale akurat owoce morza w żaden sposób nie trafiają w mój gust kulinarny i nie przekonują mnie ani przystępne ceny, ani też dostępność na każde zawołanie. Proszę więc, nie namawiajcie mnie nigdy na zjedzenie krewetki, bo taka opcja nawet nie wchodzi w rachubę.

2015-07-30 16.54.13

2. Mieszczuch na urlopie, czyli polubiłam podróżowanie po Australii.

Mówiąc podróżowanie mam na myśli również kempingi. W zwyczajnym, pozaurlopowym życiu potrafię wpaść w furię na widok maleńkiej plamy na bluzce lub odstającego jednego włosa. A jeszcze nie daj Boże stanie się to w pracy… Jednak na dźwięk słowa kemping cały ten perfekcjonizm szlag trafia i z jednej strefy komfortu wchodzę w inną, jeszcze lepszą i piękniejszą.

Po pierwsze wyjazd na kemping w Australii to wyprawa wymagająca nie lada przygotowań. Trzeba zabrać ze sobą wszystko na wypadek „co będzię, jeżeli…”. Znajomi śmiali się z nas, że wozimy w samochodzie łopatę, ale ta przydała się nam już nie raz, bardzo łatwo bowiem utknąć w piachu na trasach offroadowych i wtedy każdy radzi sobie sam. Prawdopodobieństwo, że nie spotkasz wtedy żywej duszy jest bardzo duże, tak więc trzeba być naprawdę nieźle wyposażonym. Lodówka, płetwy, stolik, krzesła i latarki. Nie jest jednak najważniejsze co zabierasz, ale dlaczego to robisz. Zaraz po spakowaniu ekwipunku wsiadamy w samochód i jazda w nieznane, ku wolności! Praca, blog, emaile i whatsappy zostają za mną i wcale za nimi nie tęsknię. Klapki japonki, zwiewne sukienki, wiatr we włosach i niezmierzone odległości do pokonania. Kocham to. Odpoczywam wtedy zostawiając z tyłu zgiełk miasta, w którym niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć, a scenariusze dnia powszedniego powtarzają się niczym deja vu. Powtórzę, że Perth jest jedynym dużym miastem w Australii Zachodniej, a od następnych miast średnej wielkości dzielą nas setki kilometrów.

Tak samo podoba mi sie północ, jak i południe stanu. Są zupełnie różne ze względu na krajobraz, ale wszędzie czuję się cudownie. Podróżując po Australii czuję się wolna i niczym nieskrępowana. No dobra, nie pałam sympatią do pająków, ale kto je lubi? Poza tym jest mi wszystko jedno, czy wspinam sie po skałach, czy pływam z żółwiami po rafie koralowej, bo taką dziką Australię właśnie uwielbiam i odkrywanie nowych miejsc to niesamowite doświadczenie. W Australii po raz pierwszy stanęłam na szlaku oko w oko z rogatym zwierzęciem przypominającym bawoła i nie wiedziałam, czy uciekać, czy stać jak on bez ruchu i odwzajemniać zainteresowanie. Po raz pierwszy zobaczyłam orła, który polując złapał w dziób rybę i z nią odleciał. Po raz pierwszy biegałam po dzikich wydmach tarzając się w piachu. Po raz pierwszy o mały włos nie nadepnęłam na węża. Każdy wyjazd przynosi jakiś pierwszy raz i kiedy po powrocie do domu patrzę na nasz samochód cały pokryty czerwonym pyłem, myślę sobie To był naprawdę udany wyjazd…

IMG_33993. A wariatka jeszcze tańczy.

Jako dziecko chodziłam oglądać turnieje tańca towarzyskiego w moim rodzinnym mieście i z wypiekami na twarzy śledziłam każdy krok nienaturalnie prostych kolan i stóp tancerzy, zwłaszcza kiedy walczyli o punkty za wykonanie samby lub cha-cha.

W dorosłym życiu nadal pozostałam wierna zamiłowaniu do latynoskich rytmów, tylko miejsce tańców towarzyskich zajęła salsa. Pierwsze kroki na salsowym parkiecie postawiłam w 2006 roku i od tamtej pory aż do momentu wyjazdu z Polski tańczyłam kilka razy w tygodniu.

Na emigracji człowiek często skupia się na tym nowym i nieznanym i zapomina o swoich pasjach. Albo je odkrywa na nowo. Po wszystkich wizowych turbulencjach, kiedy już emocje – te dobre i złe – opadły, rozejrzeliśmy się wokół siebie szukając czegoś nowego. Znaleźliśmy ukochaną, starą-nową salsunię. Na szczęście Piotrek ma na swoim komputerze nagrania z zajęć, na które chodziliśmy jeszcze w Polsce i przez chwilę w Perth. Odgrzaliśmy również salsowe playlisty i na nowo odkrywamy, jaką radość daje wprowadzenie partnerki do podwójnego obrotu. Radość tym większa, że mamy w Perth zespół Orquestra Yambeque, który często gra salsowe koncerty. Wiecie, co się wtedy dzieje? Ja nie wiem, bo przepadam na parkiecie jak kamień w wodę, czyli szukajcie sobie wiatru w polu. Może go znajdziecie na koniec imprezy z potarganymi włosami i bez tchu, kiedy się już wyhula do woli. W pompie mam chodaki. Dla mnie dens ma sens!

 

2015-07-30 16.49.494. Przyjaźń – nie nie zna granic i nie liczy lat.

Szkoda trochę, że o tej ważnej rzeczy dowiedziałam się dopiero w Australii, ale lepiej późno niż wcale, prawda? Myślę, że ma to podłoże kulturowe, bo w Polsce różnica wieku i wychowanie w atmosferze zwracania się per pan i pani stwarzają dystans i sprawiają, że od pewnych rzeczach ze starszymi od siebie po prostu rozmawiać nie wypada.

W Australii również poznaje się różnych ludzi w różnym wieku. Mówienie sobie na ty nie ujmuje szacunku, ale zdecydowanie znosi bariery w komunikacji. W ten oto sposób mam  jednocześnie koleżanki w wieku mojej mamy i takie, które dopiero co skończyły studia. I co z tego? W towarzystwie każdej kawa smakuje tak samo wybornie. Bardzo cenię sobie każdą osobę, z którą mogę rozmawiać, wymieniać się poglądami i doświadczeniem. Przyjaźń przecież nie sprawdza daty urodzenia, wystarczy lubić ludzi i samemu dać się ludziom lubić. Jestem szczęściarą, że ten australijski los stawia na mojej drodze pozytywne osoby :-)

Inna sprawa to granice, te w wymiarze geograficznym. Czas zweryfikował, kto przyjaciel, a kto nie. I jest w Polsce taka jedna, która mimo posiadania dwójki dzieci i ogólnego codziennego urwania doopy potrafi napisać do mnie i wysłać zdjęcie. Z domu, z wrocławskiego rynku i z urlopu. Nie obraża się, jeżeli akurat po pracy mam telefonowstręt i nie chce mi się jej odpowiedzieć, pisze do mnie i tak. Taka fajna jest. Na śmierć i życie :-)

2015-07-30 16.51.305. Mój jest ten kawałek podłogi…

nie mówcie mi więc, co mam robić!

W jednej z wcześniejszych notek napisałam, że w Australii uczę się być asertywną. Ogólnie rzecz ujmując na emigracji człowiek uczy się sam o sobie niesamowicie dużo nowych rzeczy. Hej, to naprawdę ja? Przez większość część życia, a właściwie to całkiem do niedawna byłam osobą uległą na wpływy innych, przez co często na własne życzenie dostawałam po nosie. Byle tylko ktoś się nie pogniewał, byleby zadowolić pół świata. Szkoda tylko, że nie mojego. W pewnym momencie poczułam, że pozwalam wchodzić z butami tu i tam i i miarka się przebrała. Jedna jaskółka wiosny może i nie uczyni, ale już jedna kropla potrafi przepełnić cały dzban. Jakim prawem, pytam? Doszłam do pewnej granicy i odbiłam się jak od ściany odkrywając w sobie umiejętność artykułowania słowa NIE. Czy to w pracy, czy w życiu towarzyskim – nie znaczy nie. Jeżeli coś mi nie odpowiada lub z czymś się nie zgadzam, to nie przytakuję. Dodam do tego upór godny samego pana osła. Nie ma takiej mocy, żeby mnie do czegokolwiek zmusić. Mój małżonek zapewne to tylko potwierdzi. 

Zmiany są czymś naturalnym. Zmiany są potrzebne. Moja lista pt. Czego dowiedziałam się o sobie w Australii jest ciągle otwarta. A może to raczej niekończąca się opowieść? Na pewno do niej powrócę.

Opublikowano Australopitek pisze, Emigracja | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 13 komentarzy