Moja emigracja. Moja droga.

IMG_9514-1 (1024x683)

Wpis ten powstał w ramach Projektu nad Projektami Klubu Polki na Obczyźnie. Autorki blogów, Polki mieszkające w różnych częściach świata, prezentują historię swojej emigracji.

Moja historia… Siedzę i myślę… Może zacznę od początku. Do Australii przyleciałam w styczniu 2013. Nie mieszkałam wcześniej poza Polską i wyjazd do Australii wydał mi się zupełnie nierealny. Było to spełnienie marzeń mojego małżonka, nie moich. Cały wyjazd organizował on, nie ja. W Polsce wiedliśmy całkiem miłe życie i nie odczuwałam najmniejszej potrzeby, żeby to wygodne gniazdko opuszczać. Nie uznaję jednak sytuacji, kiedy jedno z małżonków wyjeżdża, a drugie zostaje. Nieważne, jak daleko – Wielka Brytania, Australia, Przylądek Kości Słoniowej, czy Katowice. Uważam, że jeżeli wyjeżdżać gdziekolwiek, to tylko razem. Wyjazd poprzedziły godziny rozmów, podczas których tak przeplatało się z nie, ale wierna poglądom, że razem lub wcale zgodziłam się.

Pierwsze trzy lata spędziliśmy w Perth na zachodnim wybrzeżu Australii, a od stycznia 2016 mieszkamy w Sydney. Temat wiz i pracy odstawiam dzisiaj w najbardziej oddalony kąt i skupiam się na tym, jak wyjazd z Polski zmienił mnie samą.

Połowę drogi na lotnisko spędziłam ze spuszczoną głową, co chwilę sięgając po nową chusteczkę. Przez głowę przechodziły tysiące myśli z siłą tsunami. Do jasnej cholery, po co mi? Mimo, że nikt mnie do wyjazdu nie zmuszał, czułam się jak wygnaniec, jak gdybym już miała nie spotkać się ze swoimi bliskimi. Czułam, że droga do Warszawy to koniec wszystkiego. A powinnam przecież skakać pod chmury i z uśmiechem na ustach oznajmiać całemu światu, że lecę do Australii! Tylko, że ja wcale tego nie chciałam. Opuściłam to, co znałam na wylot, gdzie było mi dobrze na rzecz… no właśnie, na rzecz czego? Odpowiedzi nie znałam ja i nie znał jej mój mąż. On leciał do Australii z ciekawymi planami na życie, a mną targała niepewność, czy to się w ogóle może udać. Emigrację postrzegałam jako najgorszą rzecz, która kiedykolwiek mi się mogła przytrafić. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, jak ja bardzo tej emigracji potrzebowałam!

W jednym z wcześniejszych wpisów mogliście przeczytać, że podróże kształcą, a emigracja kształtuje:

Jeżeli do tej pory wydawało ci się, że twoje osobowość i charakter są już ukształtowane niczym gipsowy odlew, to zapraszam na drugi koniec świata. Warunki: kupujesz bilet w jedną stronę, miejscowość znasz wyłącznie z map google, nie znasz nikogo, nie wiesz, gdzie zamieszkasz zabrałeś jedną walizkę i chcesz w wybranym miejscu pozostać na zawsze. Zapewniam cię, że dopiero wtedy zobaczysz, jaki potencjał  w tobie drzemie, ile gór potrafisz przenieść, ile promocji znajdujesz nagle w marketach i jakie instynkty się w tobie obudzą.

Zdania nie zmieniłam. Co więcej, ten nowy świat otworzył mi okno z widokiem na nową siebie i specjalnie dla mnie przygotował nowe ścieżki do odkrycia. Czasem labirynty, gdzie niejednokrotnie chciałam uderzyć głową w mur, a czasem proste jak te na równinie Nullabor.

Czas sobie płynął, a ja z dnia na dzień czułam, że mogę więcej, niż mi się wydaje. A może po prostu nie doceniałam tego, co już umiem. Bałam się rozpoczynać wszystko od nowa, ale to przecież nie może być przypadek, że dzisiaj mieszkam w największym australijskim mieście, o którym marzą miliony ludzi. Przy każdym kolejnym małym sukcesie, strach topniał ustępując miejsca pewności siebie i determinacji w dążeniu do kolejnego celu. I to uczucie zdziwienia O, udało się?! My Polacy mamy niesamowite skłonności do umniejszania swoich osiągnięć. Zapewniam każdego z was – niepotrzebnie. Mamy się czym chwalić, a w Australii o osiągnięciach rozmawia się ot tak, zwyczajnie. W ten sposób doszłam miejsca, w którym mogę powiedzieć, że nie taka emigracja straszna, jak o niej piszą. Emigracja okazała się dla mnie szansą. Nie należy się jej bać, lecz chwytać! Co wy na to?

Jeszcze bardziej pokochałam podróże. W ciągu trzech i pół roku zdwiedziłam takie miejsca, o których mieszkając w Polsce mogłabym jedynie pomarzyć. A tu proszę, świat jest przecież taki różnorodny i piękny! Dzisiaj tu, jutro tam. Lecąc do Polski przemieszczam się w czasoprzestrzeni obserwując z błękitnej wysokości Australię, Azję i Europę i odnoszę wrażenie, że za każdym razem kula ziemska jest coraz mniejsza.

Mając przed sobą nieznaną przyszłość, doceniłam przeszłość. Uwielbiam latać do Polski i widzieć ją za każdym razem jeszcze piękniejszą. Mam najwspanialszą rodzinę, jaką sobie tylko można wymarzyć. Poziom polskiej edukacji i jakości usług znacznie przewyższają australijskie standardy, serio. W Australii też jest dobrze! Być może zostanę tutaj na wieki wieków, ale nie wykluczam, że kiedyś ponownie zamieszkam w Europie. Chcę zwiedzić Azję i marzę, żeby zatańczyć salsę na Kubie. Nie tęsknię, jeżeli chcecie o to zapytać. Emigracja otworzyła mi oczy na to, co się dzieje dookoła mnie. Tego nie widać w pudełkowym świecie, bo ściany ograniczają, kradną powietrze i promienie słońca. A ja chcę zwiedzać świat i poznawać go wszystkimi zmysłami. Na obczyźnie różnie bywa, wiadomo. Bywają złość, bezsilność i frustracja. Częściej jednak są przyjaźnie, radości małe i duże, oczekiwanie na spotkania i łzy wzruszenia. Dla takich chwil chcę żyć. Nic nie muszę, mogę wszystko. A do tego dorzucam chcę, lubię i potrafię - moje ulubione słowa. Dlatego świadomie wybieram emigrację. Emigracja jest kobietą, a kobiety są silne. Ja jestem silna. Za każdym razem, kiedy słyszę piosenkę Wielka woda Maryli Rodowicz, myślę sobie to przecież o mnie! Prowadź mnie, życie, tam gdzie muzyka gra!

Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej.
Na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej -
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów…
Na wszystkie moje złe bogi
niebogi z moich snów.

Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
czarnych głębin niepewnych
i opowieści rzewnych…
Drogi białosrebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
piachów siebie niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych…

I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra.
…nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa,
póki życie trwa.

 

Taka jest właśnie historia mojej emigracji moja droga.

Wasza obywatelka świata, Emilia Wójcik.

Opublikowano Australopitek pisze, Co w Perth piszczy, Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , , , , | 8 komentarzy

Przyjaźń na emigracji – przyjaźń bez granic?

Australo

Dzisiejszy post powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem blogerki, Polki mieszkające w różnych częściach świata piszą o przyjaźni. Jak zaprzyjaźnić się z ludźmi krajów, w których mieszkamy? Jak czas i nasza emigracja wpłynęły na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Pantha rei, czyli wszystko płynie. Ludzie przychodzą i odchodzą. Temat rzeka i jednocześnie bardzo indywidualna sprawa. Ilu ludzi, tyle przypadków wrzuconych do wielkiego wora dobrych i złych doświadczeń z przyjaciółmi.

Przylatując do Australii miałam niewielkie pojęcie o jej mieszkańcach. Wcześniej  jedynie naczytałam się książek Beaty Pawlikowskiej i Billa Brysona przedstawiające Aussies jako ludzi wiecznie szczęśliwych. Rzeczywiście, Australijczycy słyną w świecie ze swojego pozytywnego usposobienia. Chociażby nie wiem co się działo, wszystko jest no worries. Uśmiech na twarzy, ręce w kieszeniach i jest klawo. Czasami aż ciężko uwierzyć, że Australijczycy również doświadczają zmartwienia życia codziennego. Potrafią jednak spokojnie do tego podejść, a do tego pozostają mili i życzliwi, więc sprawiają wrażenie ludzi, których wszelkie problemy omijają szerokim łukiem.

Czy łatwo jest zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem? Mam nadzieję, że tak. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ mnie się to – jak dotąd – nie udało. Lubię Australijczyków, cenię sobie miłą i pełną szacunku atmosferę w pracy. Miło jest spotkać się na barbecue i przechylić kufel ze złotym napojem, jednak nazywanie tego przyjaźnią? W jednej ze swoich książek Agnieszka Perepeczko napisała, że nie lubi przyjęć w Australii, bo są nudne i pełne paplaniny o niczym. I mnie właśnie brakuje rozmów na poważniejsze tematy. W moim rozumieniu przyjaźni słowo friend jest nadużywane. Jest jeszcze mate, które może oznaczać zarówno przyjaciela, jak i kolegę. Australijczycy przyjaźnią się w pubach w piątkowe popołudnia, na babskich herbatkach i urodzinowych imprezach, ale kiedy kurtyna opadnie, każdy zabiera swoje zabawki i wraca na swoje podwórko. Mówiąc to mam na myśli, że Australijczycy są również ludźmi zdystansowanymi i jasno stawiają granice zażyłości międzyludzkiej. Podsumowując, uważam, że nie jest łatwo zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem. Mam kilku dobrych znajomych, ale do przyjaźni droga jest daleka.

Jednak musi być wyjątek, żeby potwierdziła się reguła. We wpisie o naszej podróży przez południe Australii pisałam o farmerach z Esperance – Dee i Evercie. Absolutnie wspaniali ludzie, którzy zaufali nam i otworzyli przed nami swój dom. Ludzie zupełnie odbiegający od australijskiego schematu zawierania powierzchownych przyjaźni. Miałam opory, żeby napisać o Australijczykach cokolwiek niepochlebnego, bo to naprawdę mili ludzie. Jednak w kontekście przyjaźni zupełnie inni niż Polacy. Po prostu.

Co ja na to? Długo myślałam, jak to skomentować. Nie mieszkałam w żadnym innym kraju, więc mogę się odnieść wyłącznie do Australii. Na podstawie swoich dotychczasowych obserwacji i doświadczeń sądzę, że w Australii o wiele łatwiej jest zawrzeć przyjaźnie w swoich kręgach kulturowych. Dotyczy to każdej grupy etnicznej. Nie tyle znajomość tego samego języka, lecz mentalność, zrozumienie zachowań, podobne zainteresowania, czy nawet pochodzenie z sąsiadujących ze sobą krajów sprawiają, że zdecydowanie łatwiej nawiązać znajomości i zyskać nowych przyjaciół. Na emigracji podświadomie poszukuje się ludzi podobnych do siebie, bo przecież swój do swego ciągnie. Zdarza się jednak również, że Polacy na emigracji od innych Polaków uciekają. Oczywiście, mają do tego prawo. Bo Polak oszukał, bo okradł i jeden Bóg wie, co jeszcze zrobił. Bywa i tak, jak wszędzie moi drodzy. Natomiast moi najlepsi znajomi i przyjaciele w Australii to właśnie Polacy i nie narzekam. Nie stronię, nie odwracam głowy i często wręcz zagaduję ludzi, kiedy słyszę język polski. Mnie więc emigracja do Polaków wręcz zbliża.

Czy mój wyjazd wpłynął na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Hmm… nie. Twierdzę, że przyjaźń nie zna granic, ponieważ świat jest już teraz naprawdę mały i dzięki technologii można pozostać w kontakcie równie często, jak będąc w Polsce. Gorzej tylko z odwiedzinami :)

Mam przyjaciół w Polsce, z którymi nie utrzymuję kontaktu codziennie, ale skoczę za nimi w ogień, jeżeli tylko o to poproszą. Mam też jedną jedyną przyjaciółkę, z którą rozmawiam częściej, niż z własnymi rodzicami. Taka klasyczna babska przyjaźń, jak z literatury kobiecej.

Poznały się w pracy, jedna nie znosiła drugiej przez x czasu, aż razu pewnego okazało się, że mają wspólną pasję, a teraz to już w ogóle żyć bez siebie nie mogą. Znacie to? Jesteśmy totalnie różne, zupełnie jak woda i ogień. Ona oddana matka, ja niespokojny duch. Ona opanowana bardzo, ja dużo mniej. Ona blondynka, ja brunetka. Gdyby złożyć jej górną z moją dolną częścią ciała, to byłaby z nas całkiem niezła kopia Jennifer Lopez. Nie umiem sobie wyobrazić, że będąc w Polsce nie zatrzymam się na Klasztornej we Wrocławiu na kilka dni. Poza tym za kilka miesięcy Justyna – matka Polka – przyleci sama do Sydney na trzy tygodnie. I za to ją cenię najbardziej – za dystans do siebie i do otaczającej ją rzeczywistości. (Na marginesie, pisząc ten post siedzę właśnie u niej w salonie :))

Dlaczego wam o tym piszę? Ponieważ przyjaźń traktuję z najwyższym szacunkiem. Umieszczam w jednej szufladzie ze zdrowiem, szczęściem i rodziną i jest dla mnie nie tylko wartością, ale i stanem świadomości. W ostatnim czasie przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” zmieniło się na „prawdziwych przyjaciół poznaje się w sukcesie”. Zgodzicie się? I tylko takich przyjaciół wam życzę, niezależnie od czasu, kręgu kulturowego i szerokości geograficznej.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , | 2 komentarzy

5000 kilometrów przez cztery stany Australii, czyli podróż samochodem z Perth do Sydney

Już od dłuższego czasu rozważaliśmy przeprowadzkę na drugie wybrzeże Australii. Niskie ceny surowców spowodowały znaczne spowolnienie gospodarki Australii Zachodniej, w związku z czym firmy szukają oszczędności w postaci obniżania wynagrodzeń lub grupowych zwolnień i często wstrzymują nowe projekty. I tak naprawdę jedyną rzeczą która powstrzymywała nas przed wyjazdem z Perth była moja praca, ale skoro korpo mnie już nie potrzebowała, decyzja co dalej była oczywista – przeprowadzamy się do Sydney.

Jako pierwsze wypowiedzieliśmy umowę o wynajem mieszkania. Słowo się rzekło i nie było odwrotu. Klamka zapadła – dosłownie. Wiedzieliśmy, że meble sprzedamy, ale co z samochodem? Wysłać statkiem? Przetransportować koleją? Nie. Pojedziemy w podróż życia! 5000 kilometrów przez cztery stany Australii.

Trasa

Część dobytku zapakowaliśmy do Suzi, a resztę w pudła, które przyjaciele obiecali nam wysłać. Ponieważ przy okazji chcieliśmy zwiedzić kilka miejsc, całą wyprawę podzieliliśmy na kilka etapów. Każdy inny, wyjątkowy i bardzo australijski.

  1. Perth – Esperance

Za każdym razem, kiedy ktoś opowiadał o wycieczce do Esperance, ogarniała nas zazdrość, bo wszędzie mówią i piszą o śnieżnobiałym piasku na plażach i zapierających dech w piersiach krajobrazach. Dlatego postanowiliśmy zostać tu na kilka dni i zobaczyć te cuda.

Nie zawiedliśmy się. Urzekł nas bardzo zróżnicowany krajobraz. Plaże szerokie na kilkadziesiąt metrów, które znajdują się w corocznych rankingach najpiękniejszych plaż Australii i park narodowy Cape le Grand z wszechotaczającą zielenią. Kolejne wspaniałe spotkanie z przyrodą i nauczka, że nawet w Australii jednego dnia można wygrzewać się w +40 stopniach, a dzień później zakładać sweter i kurtkę, bo wiatr chce urwać głowę. Ba, przy tym wietrze można nawet chodzić po górach!

W Esperance nocleg znaleźliśmy u Everta i Dee. To prawdziwi aussie farmerzy, którzy z pokolenia na pokolenie z zamiłowaniem uprawiają australijską ziemię. Evert zabrał nas na wycieczkę po farmie opowiadając o uprawach i żniwach. Nie byliśmy w stanie ogarnąć wzrokiem granic działek i nie potrafię w wiarygodny sposób przybliżyć wielkości farmy. Podam więc liczby – 2500 hektarów ziemi, 6000 oleju napędowego zużywane w ciągu 6 dni, ileśdziesiąt tysięcy ton gryki i pszenicy sprzedanych przy użyciu aplikacji po ostatnich żniwach, 4000 owiec, kilka quadów i motocykli, a w przeszłości również i helikopter. Robi wrażenie? Na nas zrobiło piorunujące. Zakochaliśmy się w Esperance i przez chwilę rozważaliśmy kilkumiesięczny przystanek w tej niewielkiej mieścinie. Dee i Evert próbowali różnych sztuczek magiczek, aby nas przekonać, ale nie – plan był inny i postanowiliśmy jechać dalej.

  1. Esperance – Adelajda

Czy wyobrażacie sobie podróż przez nicość? Tak, że jesteście tylko wy, wasz samochód i opcjonalnie towarzysz podróży? Że macie wrażenie, że jedziecie i jedziecie i końca nie widać?

Właśnie czegoś takiego doświadczyliśmy podróżując przez równinę Nullabor. Odcinek pomiędzy Esperance i Adelajdą to w większości busz, czasami osady liczące kilkudziesięciu mieszkańców i stacje benzynowe oddalone od siebie średnio o 150-200 kilometrów. I to wszystko. Wiedząc, że przez najbliższe trzy dni dostęp do wody będzie mocno ograniczony, zrobiliśmy odpowiednie zapasy.

To była najbardziej nużąca trasa, jaką kiedykolwiek jechaliśmy. Człowiek jedzie x godzin i już nie wie, co ma ze sobą zrobić, żeby nie zasnąć. Już nawet znaki ostrzegające przed zwierzyną pojawiającą się na drodze znienacka nie pomagają. Za to w trakcie entej już godziny jazdy, kiedy wszystkie dotychczasowe metody na niezasypianie zawodzą, można odkryć w sobie nowe talenty, np. recytowanie wierszy lub śpiewanie. Wszystko, żeby tylko powieki się nie opadły.

Droga jest tak dłuuuuga i tak niewiele się na niej dzieje, że w kilku miejscach jest poszerzona, aby mogły na niej awaryjnie lądować samoloty. Pewnie kryje się za tym jakaś ciekawa historia, poczytam i wam opowiem.

Trzy dni jazdy od świtu do zmierzchu dawały nam się we znaki. Dojeżdżaliśmy możliwie jak najdalej, ale tak, żeby zdążyć przed zmrokiem i nocowaliśmy na polach kempingowych przy stacjach benzynowych. Dopiero od Port Augusta poczuliśmy powrót do cywilizacji. Mogliśmy powiadomić rodziny, że żyjemy i mamy się dobrze. Do Adelajdy zostało już tylko kilkaset kilometrów. Phiiii. Bułka z masłem.

W Adelajdzie spędziliśmy trzy dni. Kochamy poznawać lokalne historie, dlatego odwiedziliśmy Muzea Imigracji i Australii Południowej. Ciekawe, że prawie w każdym australijskim muzeum są wystawy o historii, sztuce i kulturze Aborygenów. Ta w Adelajdzie była jednak pewnego rodzaju podsumowaniem etapu podróży przez Nullabor Plain. Teren, który dla nas był jedną wielką plamą na mapie Australii Południowej, dla Aborygenów jest domem. Z dala od cywilizacji, z dala od ludzi, za to u siebie i wśród swoich. Rzeczywiście, dziwiliśmy się, skąd w buszu tyle kamieni ułożnych w coś na kształt granic. Zupełnie, jakby ktoś chciał się odgrodzić lub wyznaczyć swój teren. Piękne to!

Wracając do Adelajdy. Samo miasto wydało nam się mini kopią Perth, bez szaleńczych całonocnych imprez, ale bardzo miłe miejsce do życia i blisko do plaż. Nie spodziewaliśmy się, że Adelajda nas czymkolwiek zaskoczy, a jednak.

IMG_8592-1 - Kopia

Dzięki super fajnym rodakom poznaliśmy prawdziwą naturę miśków koala. Nieruchome i spokojne, puchate i z mięciutkim futerkiem. Takie je zawsze widzieliśmy w rezerwatach Australii Zachodniej. Dodalibyśmy również określenie, że leniwe, bo przez cały dzień przyczepione do eukaliptusów, najedzą się liści i śpią całymi dniami. Hah, do czasu, aż panu koala zbierze się na amory. I my właśnie na ten moment trafiliśmy. Wiecie, jak to wygląda? Pan koala wspina się po gałęzi powoli, z nadzieją na wiadomo co, aż tu wybranka chlast go przez łeb z otwartej łapy! A jakie słuchowisko! Co najmniej jak świnobicie u sąsiada w zagrodzie. Piski, wrzaski i charczenie. Uważaj mała, nadchodzę! To ty uważaj, mały szary skurczybyku! Summa sumarum tyle hałasu o nic, ale staliśmy przez kilka minut bez ruchu szczęśliwi, że mogliśmy to przedstawienie zobaczyć :)

Jedźmy dalej…

  1. Adelajda – Melbourne.

Nareszcie mogę to napisać. Odcinek trasy z Adelajdy do Melbourne był najpiękniejszą częścią naszej wyprawy. Kolejne trzy dni za kierownicą i dwa noclegi. Opuśliśmy Australię Południową i wjechaliśmy do Wiktorii. I to ciągłe uczucie, że nic nie musimy, nikt nas nie pogania, że jedziemy, bo chcemy. Takie chwile są nie do zastąpienia. Kolejny tysiąc kilometrów, z czego skupmy się na najważniejszych dwustu czterdziestu trzech. Trzy słowa – Great Ocean Road.

W klasycznym opisie z przewodnika turystycznego dowiecie się, że Great Ocean Road to malownicza trasa turystyczna wzdłuż oceanu, rozciągająca się od Warrnambool do Torquay. To prawda, ale nasza wersja przewodnika brzmiałaby tak: Great Ocean Road to 243 km drogi, gdzie zatrzymujesz się średnio do trzysta metrów po to, żeby wydać z siebie okrzyk zachwytu na widok coraz to nowych skał wynurzających się z groźnych wód oceanu. Każda ma swoje imię i historię. To trasy na długie spacery. To miejsce na mapie świata, gdzie błękit wody i biel fal z szumem odbijają się od wapiennych klifów o poszarpanych kształtach. To bryły, mosty i jaskinie uształtowane przez matkę naturę.

Great Ocean Road to również miejsce historyczne i największy pomnik w Australii, bo drogę zbudowali żołnierze, którzy walczyli podczas I wojny światowej. Ich trud jest dedykowany tym żołnierzom, którzy na froncie polegli. Pierwsze pomiary geodezyjne miały miejsce w 1918 roku, a cała budowa została ukończona w 1932 roku. W Muzeum Great Ocean Road w Lorne można obejrzeć wystawę-opowieść, jak przebiegała realizacja projektu budowy drogi. Szczerze polecamy!

IMG_9086

W połowie Great Ocean Road dojeżdża się do najbardziej popularnego miejsca Great Ocean Road – Dwunastu Apostołów. Najwięcej ochów i achów odija się echem od klifów właśnie tutaj. Pierwotna nazwa skał to Locha i Prosiaki… Ykhm, Ykhm… Przyznajcie, że Dwunastu Apostołów brzmi zdecydowanie lepiej. Jak tam jest? Pięknie! Może sam na sam z naturą sobie tutaj nikt nie pobędzie, bo ludzi dookoła nadzwyczaj dużo, ale ja uparcie twierdzę, że to idealne miejsce, żeby pobyć z samym sobą. Warto zatrzymać się na noc w okolicach Dwunastu Apostołów, na brzegu oceanu wykrzyczeć, co na sercu leży, podumać, powiedzieć dobranoc i następnego dnia wyruszyć w dalszą podróż.

IMG_8983

Trasa Great Ocean Road rzeczywiście przebiega w całości wzdłuż oceanu i oddaje całe piękno turystycznej części Australii. Po drodze mija się bowiem nadmorskie (nadoceaniczne?) kurorty z dziesiątkami pól namiotowych i hoteli. Plaże łączą się ze sobą, a z fal wynurzają się muskularne sylwetki surferów z burzą blond loków i deską pod pachą. Taaak, dokładnie tak, jak w filmach. Odcinek od Lorne aż do Torquay to najbardziej wietrzne plaże, gdzie regularnie odbywają się zawody surfowania. Jest to również miejsce, gdzie powstały kultowe marki sprzętu do surfowania – Curl Rip i Quicksilver – znacie? W Torquay kończy się Great Ocean Road i stąd już tylko 100 km do Melbourne.

  1. Melbourne – Sydney

Do Melbourne dojechaliśmy późnym wieczorem. Tym razem nie planowaliśmy zwiedzania miasta, ponieważ w Melbourne byliśmy już wcześniej, tylko jeden nocleg i w dalszą drogę. Dobrzy ludzie przyjęli nas pod swój dach i zaoferowali parking dla Suzi. I tutaj dostaliśmy niezłą nauczkę…

Przez całą drogę staraliśmy się wybierać miejsca, gdzie samochód można zostawić na noc w bezpiecznym miejscu, ponieważ część dobytku mieliśmy ze sobą. Byliśmy zmęczeni podróżą i ostatnią rzeczą, na którą mieliśmy ochotę, to ponowne wyciąganie gratów z samochodu tylko po to, żeby następnego dnia je upychać. Ściągnęliśmy jedynie rzeczy z dachu, ale bagażnika już nie odkręciliśmy. I to był błąd.

W budynku, gdzie mieszkają nasi gospodarze jest parking rotacyjny. Mieszkania mają przyporządkowane swoje mobilne miejsca, które sterowane elektronicznie przemieszczają się w pionie i poziomie i na swój samochód trzeba poczekać jak na windę. Na naszym miejscu parkingowym jak byk było napisane, że dozwolona wysokość samochodu to 1.82cm. Sprawdziliśmy wysokość Suzi z bagażnikiem – 1.85cm, ale wjechała do garażu bez większych problemów. I tak ją zostawiliśmy na noc, żeby sobie i ona odpoczęła.

Zorientowaliśmy się jednak, że z materaca zeszło powietrze i Piotrek jednak musi zejść ponownie do garażu po zapasowy. Długo go nie było… Okazało się, że w tym czasie ktoś inny parkował swój samochód i platformy przesunęły się tak, że dosłownie zdarły cały bagażnik i mocowania z dachu pozostawiając kilka widocznych wgnieceń na Suzi. Kosztowało nas to sporo czasu, bo znaleźć nowe części do bagażnika dachowego w niedzielny poranek nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Tanie to również nie było, ale cóż, za głupotę się płaci. Jeżeli Chińczyk w instrukcji użytkowania pisze, że 182cm to maksymalna wysokość, to tak jest i koniec. A my, jak statystyczni Polacy mądrzy po szkodzie :-)

Z nowym bagażem, jakkolwiek to zabrzmi, doświadczeń wyruszyliśmy w stronę Sydney. Niestety nie wystarczyło nam czasu, żeby jechać wzdłuż oceanu, chociaż tak bardzo chcieliśmy. Zwiedzanie wybrzeża na południe od Sydney zostawiliśmy sobie na następny rok, bo przecież chwilę w Nowej Południowej Walii zostaniemy.

Ostatnia nocka w drodze, ostatnia prosta i nareszcie dojechaliśmy! Sydney przywitało nas słońcem i… korkami, bo dotarliśmy popołudniu. Cali, zdrowi i szczęśliwi! Czy to koniec tej podróży? Wręcz przeciwnie – to początek nowego etapu w naszym życiu!

Dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli, którzy pomogli nam w tej wyprawie oferując dach nad głową i strawę. Dziękujemy tym, którzy otwierając nam drzwi do swojego domu sprawili, że poczuliśmy się w nim, jak u siebie. Dziękujemy Dee i Evertowi z Esperance, Elli z Adelajdy, Tomkowi i Korze z Melbourne. Jesteśmy Wam bardzo, ale to bardzo wdzięczni! Jowita i Piotr – dzięki Wam ujrzeliśmy nowe oblicze misiów koala. Odwiedzajcie nas w Sydney!

Wszystkim przyjaciołom dziękujemy za wsparcie i wiarę, że w Sydney czeka na nas coś dobrego. Tęsknimy za wami, ale odpowiadając  na pytanie, czy było warto było przejechać 5000km i cztery stany Australii mówimy 3 x TAK. Decyzja o przeprowadzce do Sydney była jedną z najlepszych i najpiękniejszych, jakie mogliśmy podjąć. Serio :-)

Opublikowano Australopitek pisze, Emigracja, Moje życie w Oz, Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 12 komentarzy

Wycieczka w Góry Błękitne i spotkanie z Trzema Siostrami

20160326_181218

To były nasze pierwsze święta wielkanocne w Sydney. W tym roku postanowiliśmy zerwać ze staropolską tradycją wielogodzinnego gotowania, polerowania mebli na wysoki połysk i przystrajania domu kolorowymi króliczkami. Nawet pisanek nie było,  a menu niedzielnego śniadania ograniczyliśmy do białego barszczu i kromki chleba. W zamian za to podarowaliśmy sobie odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi i wycieczkę, o której chcę wam dzisiaj opowiedzieć.

Uwielbiamy poznawać nowe miejsca. W wielkanocną sobotę pojechaliśmy na cały dzień w Góry Błękitne. Zaledwie półtora godziny jazdy samochodem z Sydney w głąb lądu i znika krajobraz miejskiej dżungli. Powietrze ma inny, świeży i chłodny zapach przyjemnie drażniący nozdrza. Wiem, że znowu jestem na łonie natury. I po raz kolejny zdaję sobie sprawę, jak wiele Australia oferuje nam, malutkim ludziom i jak wiele jeszcze jest w niej do odkrycia.

Góry Błękitne to pasmo górskie stanowiące część Wielkich Gór Wododziałowych. Park Narodowy Gór Błękitnych rozciąga się na obszarze około 1400 km² i jest wpisany na listę dziedzictwa światowego Unesco. Wiecie, jak pachnie eukaliptus, prawda? To teraz wyobraźcie sobie, że waszym oczom ukazuje się bajeczny widok gór i dolin pokrytych eukaliptusowym lasem. Możesz zerwać listek i poczuć ten zapach, poczuć radość, że jesteś w tym miejscu tu i teraz. Olejek eteryczny unosi się w powietrzu tworząc poświatę o delikatnie niebieskim zabarwieniu, stąd nazwa gór. Błękitne Góry o zapachu zieleni.

Większość ludzi swoje wędrówki po Górach Błękitnych rozpoczyna od spotkania z Trzema Siostrami. Nie tymi z dramatu Czechowa, chociaż takie było moje pierwsze skojarzenie (no co, jestem rusycystką). Nazwa najbardziej znanej formacji skalnej Gór Błękitnych pochodzi od legendy aborygeńskiej o o trzech dziewczętach – Meehni, Wimlah and Gunnedoo żyjących wśród plemienia Katoomba w dolinie Jamison.

trzy siostry


http://www.bluemountainstoursydney.com.au/

 Wszystkie trzy zakochały się w mężczyznach z sąsiedniego plemienia Nepean, jednak prawo nie zezwalało na zawieranie małżeństw z osobami spoza plemienia. Mężczyźni postanowili więc porwać dziewczęta, ale wtedy szaman z plemienia Katoomba w obawie o ich bezpieczeństwo zaklął je w kamienie. Wkrótce szaman zginął w walce, a nikt inny nie potrafił odczarować dziewcząt i przywrócić ich do świata żywych. Odtąd witają i rzucają urok na wędrowców Gór Błękitnych, bo kto raz Góry Błękitne zobaczy, ten jeszcze  zapragnie do nich wrócić.

Trzy Siostry

Podobnie było z nami. Wycieczkę rozpoczęliśmy od Echo point, gdzie Trzy Siostry witają ludzi dumnie prężąc się w świetle słońca. Stamtąd pokonaliśmy 900 schodów w dół – świetne ćwiczenie dla góro-maniaków! W drodze powrotnej to schody pokonały nas  :-) Ponadto całe mnóstwo tras pieszych o różnych stopniach trudności, góra-dół, góra-dół, góra-dół. I tak cały dzień, od wodospadów do punktów widokowych po to, aby na koniec wyciągnąć się na trawie, założyć ręce za głowę i stwierdzić, że jest się szczęściarzem mogąc to wszystko zobaczyć, dotknąć i poczuć.

Aby tak się stało, wycieczkę w Góry Błękitne należy dokładnie zaplanować. W jaki sposób?

Po pierwsze – sprawdź pogodę. Słońce za oknem w dzień wycieczki nie zawsze oznacza piękną pogodę w Górach Błękitnych. Pogoda w Nowej Południowej Walii bywa kapryśna i warto sprawdzić dokładne prognozy na wiarygodnym portalu.

Po drugie – zaplanuj ten dzień. Polecam wizytę w centrum informacji turystycznej (np. w Katoomba), gdzie dostaniesz mapy i obsługa podpowie ci, w którą stronę warto pójść. Powiedz, jakie masz oczekiwania – dzikie wspinaczki, czy też może po prostu spacer i grill ze znajomymi, a ktoś miły pomoże ci zaplanować trasę.

Po trzecie – zabierz odpowiednie buty. Nie bądź taki aussie i nie wygłupiaj się wspinając się po górach… w japonkach. Nieważne jak gorąco by nie było. Względy bezpieczeństwa to jedno, a drugie to nigdy nie wiesz, co za chwile wyskoczy spomiędzy drzew i krzaków. Pamiętaj, że to Australia, mate.

My zakochaliśmy się w Górach Błękitnych na tyle, że już planujemy powrót do Trzech Sióstr. To idealne miejsce na spotkanie z przyjaciółmi, na wspólną wędrówkę, rozmowy o życiu, na śmiech i na wspólny posiłek. Czy na wszystkie najpiękniejsze rzeczy, na które  zazwyczaj brakuje nam czasu… :-)

Opublikowano Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Horror po australijsku

Horro

Horror po australijsku? Tak właśnie. Nie mówię o pająkach czychających w butach, o wężach pełzających w ogrodzie, czy o rekinach szarpiących biednych surferów, bo to jest poprostu australijska rzeczywistość i z naturą tutaj nikt się nie sprzecza. Tym bardziej, znając pogodne i przyjazne usposobienie Australijczyków niezwykle trudno uwierzyć, że w ogóle znają słowo horror.

Opowiem Wam dzisiaj o jednym z nastraszniejszych filmów, jakie w swoim życiu widziałam. Nie jestem kinomanem, co więcej – od kilku lat nie posiadam w domu telewizora, więc zapewne wiele mnie ominęło, a w historii kinematografii powstało już całe mnóstwo strasznych filmów. Jednak mając w pamięci swoją podróż samochodem przez całe południe Australii, trzydniową jazdę przez busz i poszukiwanie noclegów w mrocznych osadach ludzkich pośrodku niczego, film który obejrzałam wydaje mi się być najbardziej mrożącą krew w żyłach historią. Bo to przecież mogło spotkać mnie… Brrrr…

W 1995 Greg McLean nakręcił Wolf Creek. Tytułowe miejsce to krater na północy Australii Zachodniej powstały około trzysta tysięcy lat temu po uderzeniu meteoru o wadze pięćdziesięciu tysięcy ton. Średnica krateru wynosi około dziewięćset metrów i z lotu ptaka prezentuje się tak:

www.astro.lu.se

fot. www.astro.lu.se

Pięknie, prawda? Chcielibyście zwiedzić? Jak dla mnie bajecznie i intrygująco jednocześnie. W filmie Wolf Creek to miejsce zamienia się w nierówną i krwawą walkę o życie.

Troje backpackersów – dwie Brytyjki i Australijczyk – kupują stary samochód i wyruszają w podróż przez północ Australii, aby zobaczyć i poczuć odległą dla miejskiego zgiełku dzikość outbacku i zaznać niczym nieograniczonej wolności. Plaże, niebo pokryte milionem gwiazd i czerwień ziemi aż po horyzont. Wdech, wydech… Australia!

Liz, Kristy i Ben docierają do Wolfe Creek (oryginalna nazwa miejsca), gdzie po zmroku ich samochód ulega awarii. Postanawiają spędzić noc pod gołym niebiem i poczekać, co przyniesie jutro. Wtedy pojawia się on – Mick Taylor – oferując nocleg i pomoc w naprawie auta. Młodzi ludzie dość sceptycznie reagują na propozycję Mike’a, lecz ostatecznie zgadzają się i wszyscy razem jadą jeszcze przez kilka godzin do osady Mike’a na południu od Wolfe Creek. W trakcie jazdy Mike zyskuje ich zaufanie opowiadając ciekawe i śmieszne historie. Kiedy docierają na miejsce, postanawiają odpocząć przy ognisku. Gospodarz częstuje Liz, Kristy i wodą, po wypiciu której wszyscy nadzwyczaj szybko zasypiają…

Następnego dnia Liz budzi się w szopie skuta kajdankami. Udaje jej się uwolnić i kiedy już zamierza uciec, dociera do niej krzyk Kristy i widzi Mike’a okaleczającego i wykorzystującego dziewczynę seksualnie. Samochód, który Mike obiecał naprawić, leży teraz w częściach. Liz podpala samochód, strzela do Mike’a raniąc go w szyję, zabiera Kristy i razem podejmują próbę ucieczki. Mike przeżył i rozpoczął pogoń za dziewczętami, która dla każdej zakończyła się tragicznie.

Liz wraca do obozu oprawcy i odkrywa, że nie są jego pierwszymi ofiarami. Mężczyzna okazuje się bowiem seryjnym mordercą, który najpierw uszkadza samochody turystów zatrzymujących się w przydrożnych barach, a następnie śledzi ich i pojawia się z nienacka oferując pomoc w momencie, kiedy nie mogą uruchomić samochodu w samym środku buszu. Zwabia ludzi do swojej osady, gdzie upaja ich wodą z rozpuszczonym środkiem usypiającym, a po przebudzeniu torturuje i zabija. Po obejrzeniu taśm z kamer ofiar Mike’a, Liz zamiera w bezruchu z przerażenia, a chwilę później Mike odcina jej trzy palce i wbija nóż w kręgosłup.

Kristy dotarła do autostrady. Kiedy myślała, że już pokonała Mike’a, kiedy przejeżdzający samochód zatrzymuje się i ratuje dziewczynę, Mike strzela do Kristy i kierowcy. Następnie wrzuca zwłoki obojga do bagażnika i podpala samochód.

Ale chwila, gdzie jest Ben? Również jego Mike nie oszczędził. Chłopak budzi się przybity gwoździami do ściany. Przed sobą widzi wściekłe i głodne, zamknięte w klatkach rottweilery, od których dzielą go zaledwie centymetry. Ben uwalnia się pozwalając, aby gwoździe w całości przeszyły jego kończyny. Udaje mu się uciec w busz. Zostaje odnaleziony, wyczerpany i odwodniony, przez dwoje backpackersów ze Szwecji, którzy zabierają go do Kalbarri. A stamtąd trafia już do szpitala.

Ciał Liz i Kristy nigdy nie odnaleziono. Mike’a Taylora nikt nigdy nie widział… O morderstwa podejrzewano Bena, który po kilku miesiącach spędzonych w areszcie został uniewinniony.

Tak przedstawia się historia z Wolfe Creek w wielkim skrócie. Cały film znajdziecie tutaj:

Wolf Creek został oparty na faktach. Znane są dwa przypadki morderców turystów w Australii. W 1996 roku, Ivan Milat został skazany na karę siedmiokrotnego dożywocia za zamordowanie siedmiu backpackersów. Wiedząc, że są daleko od domu i nieprędko ktoś będzie ich szukał, oferował transport, zaprzyjaźniał się, a następnie zapraszał do swojego obozowiska. Domyślacie się, jak wyglądał dalszy przebieg wydarzeń.

W stanie Terytorium Północne, w 2001 roku Bradley John Murdoch zwabił dwoje turystów – Petera Falcone i Joanne Lees w podobny sposób. Petera zastrzelił, jego ciało nigdy nie zostało odnalezione. Joanne udało się uciec. W 2001 roku Joanne wydała książkę pt. No turning back (znalazłam wyłącznie w języku angielskim).

Opublikowano Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy

Jak szukać pracy w Australii?

Trzy tygodnie temu przyjechaliśmy do Sydney, a dzisiaj podpisałam umowę o pracę. Szybko? Myślę, że całkiem nieźle. Zwłaszcza kiedy człowiek trafia w zupełnie nieznane miejsce i musi sobie na nowo zorganizować życie.

Jak szukać pracy w tej nowej i nieznanej przestrzeni? Dzisiaj chcę wam opowiedzieć, w jaki sposób szukaliśmy pracy w ciągu trzech lat pobytu w Australii. Posłużę się doświadczeniem własnym i znajomych – czyli cała prawda i tylko prawda. Informacje z pierwszej ręki :)

  • Agencje pracy

W Australii szukanie pracy przez agencje jest bardzo powszechne i często ludzie poszukujący pracy pierwsze kroki kierują właśnie tam.

Zadaniem agencji jest znalezienie zajęcia dla kandydata – na zlecenie lub umowę o pracę, na krótszy lub dłuższy okres czasu. Pod uwagę brane są – w zależności od stanowiska – wykształcenie, umiejętności oraz wiza. Status wizowy jest bardzo istotny, ponieważ określa ile godzin tygodniowo kandydat może pracować. Zarówno w Perth, jak i w Sydney aplikowaliśmy o pracę przez różne agencje. Podpowiem wam, jak można zwiększyć swoje szanse w starciu z dziesiątkami osób aplikujących o dane stanowisko przez stronę agencji.

Po pierwsze. Przygotuj odpowiednie CV. Nie mówię o działającym cuda formacie i złotych marginesach. Skupmy się na treści. Wiadomo, że na początku szuka się jakiejkolwiek pracy, żeby zacząć zarabiać i w międzyczasie szukać innej, tej jedynej i wymarzonej. Jednak szukając pracy tymczasowej jako malarz nie wręczaj CV z opisem kariery inżyniera z wieloletnim doświadczeniem, bo nic z tego nie wyjdzie. Rada naszego agenta migracyjnego – przygotuj sobie dwa CV. Jedno profesjonalne dla aplikacji o pracę w zawodzie (które już pewnie masz emigrując do Australii), a drugie z wszystkimi mniej ambitnymi / sezonowymi / studenckimi (wybierz odpowiednie dla siebie) pracami, które kiedykolwiek wykonywałeś. Przyda ci się, kiedy będziesz szukać pracy tymczasowej. Nie wstydź się i napisz, że byłeś malarzem, murarzem, kelnerem lub magazynierem. A jeżeli nie byłeś, to użyj swojej wyobraźni i przelej ją na papier. Uwaga, to działa!

Po drugie. Weź CV w rękę swą, zaznacz na mapie miasta adresy agencji pracy, włóż wygodne obuwie i wybierz się na długi spacer. Do każdej agencji wejdź, przedstaw się i wręcz swój życiorys. Zapytaj, czy możesz się zarejestrować. Bardzo często okazuje się, że któryś z rekruterów znajdzie akurat chwilę, aby z Tobą porozmawiać. Kontakt osobisty i rozmowa sprawią, że rekruter spośród tłumu zapamięta ciebie. Kiedyś jeden ze znajomych (Zabier, piona!) poradził nam, żeby zwracać uwagę, czy przy ogłoszeniach są podane nr telefonu rekrutera. Warto wtedy po wysłaniu CV zadzwonić do agencji i dopytać, czy otrzymali aplikację i porozmawiać z rekruterem. I znowu – dzięki kontaktowi osobistemu zwiększy się szansa na zaproszenie na rozmowę lub… spotkanie przy kawie. O tym w punkcie następnym.

  • Znajomości

No właśnie. Coś, co większość z nas uważa za godne potępienia, haniebne i w ogóle fuj. W Australii pracę po znajomości otrzymuje się w nieco inny sposób niż w Polsce. Tutaj to się ładnie nazywa networking. Regularne spotkania z ludźmi z branży oraz nawiązywanie kontaków sprawia, że ludzie będą cię kojarzyć jako specjalistę z danej dziedziny. Jeżeli ktoś proponuje ci kawę, nie odmawiaj. Sam też kogoś zaproś. Nie bój się tego, w Australii rozmowy przy kawie czy lunchu o biznesie i potencjalnych obopólnych korzyściach to normalna rzecz. Mężowi rozmowę przy kawie zaproponował… rekruter (patrz punkt 1.). Ważne też, żeby kontakty podtrzymywać i co jakiś czas  zadzwonić lub napisać email. Zapytać, co tam panie w biznesie piszczy. A jeżeli jesteś nowy w wielkim mieście i nikogo nie znasz, poszukaj w internecie informacji o spotkaniach, gdzie można poznać ludzi z branży. Polecam też wydrukowanie wizytówek, nawet jeżeli pracy dopiero szukasz. To  też działa.

Tak, dostałam pracę dzięki znajomości i nie widzę w tym nic złego. Zostałam polecona, ale ja również polecałam. I tutaj kolejna porcja informacji – w Australii poleca się wyłącznie osoby kompetentne na dane stanowisko. Nikt nie zaryzykuje swojej dobrej wypracowanej opinii polecając osobę, której dobrze nie zna. Poza tym od osoby aplikującej o posadę oczekuje się umieszczenia na cv nazwisk kilku osób, które wystawią nam referencje. I uwierzcie, referencje są w Australii sprawdzane. Dlatego nie bójcie się networkingu, nikt tutaj nie nazwie was lizusem :)

  •  Seek.com.au

Pytanie najczęściej zadawane przez osoby, które dopiero przyleciały do Australii brzmi gdzie szukać pracy? I wtedy wszyscy pomocni chórem odpowiadają seek.com.au. To taki odpowiednik polskiej strony pracuj.pl. Niektórzy twierdzą, że to mało wiarygodne źródło, bo na seek ogłoszeń jest całe mnóstwo i człowiek nie wie, czy to prawdziwe, czy fikcyjne ogłoszenia (a bywają i takie). Ale, ale… Przyjeżdżając do Sydney nie znaliśmy nikogo (w sensie zawodowym), więc jak mieliśmy szukać pracy? Ja tym razem aplikowałam wyłącznie przez seek i skoro znalazłam pracę po trzech tygodniach to chyba aż tak źle być nie może :) Nie ma więc co się obrażać na najbardziej tradycyjne metody aplikacji o pracę, tylko zakasać rękawy i wysyłać, wysyłać i jeszcze raz wysyłać. A jak już nie macie siły to… nadal wysyłać! Ogłoszenia przeglądałąm i przeglądam nadal codziennie. O ile w Perth rynek pracy jest bardziej hermetyczny i gospodarka Australii Zachodniej przeżywa obecnie kryzys, o tyle Sydney oferuje o wiele więcej możliwości i mam wrażenie, że rekruterzy są bardziej otwarci i dostępni dla kandydatów.

Podsumowując napiszę wam moje osobiste dwie sugestie zaczynające się słowem NIE:

1. Nie pozwól sobie wmówić, że twoje polskie doświadczenie zawodowe jest do bani.

Większość firm wymaga australijskich kwalifikacji lub doświadczenie zawodowego zdobytego tutaj. Uwierz, że w niczym nie jest ono lepsze od polskiego. Jeżeli już odbierzesz ten długo wyczekiwany telefon, nie mów, że nie masz doświadczenia australijskiego. Powiedz, że masz europejskie i zacznij o tym opowiadać. Mnie to niejednokrotnie pomogło w rozmowie z rekruterem.

2. Nie bój się rozmawiać o pieniądzach.

W Australii informacja o wynagrodzeniu często umieszczona jest już w samym ogłoszeniu o pracę. Na zasadzie dajemy tyle, chcesz to aplikuj, nie chcesz to nie. Jeżeli informacji takiej nie ma, to w trakcie rozmowy rektuter pyta o oczekiwania finansowe kandydata. I teraz uwaga. Pieniądze w Australii nie są tematem tabu. W Polsce miałam zakaz ujawniania osobom postronnym, ile zarabiam. Przez to później nie wiedziałam, jak się zachować na rozmowie kwalifikacyjnej i patrzyłam się w sufit kiedy padało TO pytanie. Teraz mogę wam powiedzieć – śmiało możecie mówić, ile chcielibyście zarabiać :)

Takie właśnie mam doświadczenia w kwestii szukania pracy w Australii. Jak dotąd powyższe metody nie zawiodły, bo i w Perth i w Sydney znalazłam pracę po trzech tygodniach. Jeżeli macie inne, sprawdzone sposoby – piszcie do mnie. Jestem żądna takiej wiedzy zawsze i wszędzie. Tymczasem idę przygotować się do pierwszego dnia w pracy. Trzymajcie kciuki!

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja | Otagowano , , , , , , | 10 komentarzy

Stoi na stacji lokomotywa…

logo zdjęcie

Cztery i pół miesiąca. Tyle mnie tutaj nie było. Mnie samej ciężko jest w to uwierzyć. Mój blog, moje dziecko pozostawione ot tak sobie niczym bezpański pies. W tym czasie otrzymywałam zarówno od przyjaciół, jak i zupełnie obcych mi ludzi wiadomości z pytaniami, gdzie wpisy, no gdzie? No właśnie. Było ich mnóstwo i wszystkie w głowie. Jednak głowy do pisania nie miałam.

Tak bardzo uwierzyłam to spokojne australijskie życie, w ten swoisty kieracik, że aż chciało się powiedzieć chwilo trwaj. Czułam się bardzo pewnie w swojej strefie komfortu i nie spodziewałam się żadnych zwrotów akcji.

Zacznijmy od tego, że rozstałam się z korpo. A właściwie to korpo rozstała się ze mną. W czerwcu przyjęłam propozycję przeniesienia na nowy, prestiżowy projekt budowy serwera dla nowo powstającej kopalni na północy Australii Zachodniej. Wow, marzenie wielu! Bardzo się ucieszyłam, że zdobędę doświadczenie w kolejnej super mega branży. I tak…

Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale, 
Ruszyła – maszyna – po szynach – ospale, 
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem, 
I kręci się, kręci się koło za kołem, 
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, 
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi, 
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost! 
Po torze, po torze, po torze, przez most, 
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las, 
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas.

Dokładnie tak. Nic dodać, nic ująć. W najbardziej intensywnej fazie projektu pracowałam po jedenaście godzin, czasem z własnej i nieprzymusznej woli chodziłam do biura w soboty, żeby nadrobić zaległości. W Polsce nigdy przenigdy się nie zdarzyło, żeby moja noga przekroczyła próg biura w sobotę lub inny dzień wolny dla statystycznego Kowalskiego. Ciągle czułam presję, że muszę, że nie zdążę, że świat się zawali. W pewnym momencie wyglądałam jak swój własny cień, pan mąż przejął wszelkie obowiązki domowe, bo ja po powrocie z pracy zwyczajnie padałam na sofę i tkwiąc w bezruchu marzyłam, żeby nikt nic do mnie więcej tego dnia już nie powiedział ani słowa. Po nocach śniły mi się słuchawki od telefonu na nieskończenie długich kablach, oplatające całe ciało niczym bluszcz i bzdurne emaile wysyłane gdzieś w przestworza do nie wiadomo kogo. Bo to nie odbiorca wiadomości był ważny. Ważne, żeby wysłać, żeby zrealizować zadanie. I to prześladujące tykanie wskazówek zegara odliczające czas deadline’u…

Wtedy o sobie dało znać zdrowie mówiąc zwolnij dziewczyno, zwoooolnij! To samo powiedział mi lekarz, że w takim tempie to dogonię jedynie światełko w tunelu, o ile będę wystarczająco szybka. Zawsze uważałam się za okaz zdrowia i na słowa medyka wyłącznie prychnęłam lekceważąco z niedowierzaniem. Zosia Samosia chora? Jak widać, nie na wszystko marny człowiek ma wpływ. Ciało słabło, a wraz z ciałem dusza. Wyniki badań pokazały czarno na białym, że potrzebuję dalszej opieki specjalistycznej.

Dopiero wtedy zaświtała mi myśl A może by tak pożegnać się z korpo? Czułam nieludzkie zmęczenie, fizyczne i psychiczne. Po raz pierwszy (i ostatni) wzięłam udział w wyścigu szczurów. Takim, jaki zawsze opisują w gazetach. Czytając o ludziach, których praca w korpo doprowdza do różnych schorzeń myślałam zawsze, że mają, co chcieli, a ja nigdy taka głupia nie będę. Tiaaaa… Tymczasem sama doszłam do ściany i kiedy wszystko dookoła mówiło nie warto, ja ze wszelką cenę próbowałam walić głową w mur z przekonaniem, że przecież to pestka, że ja im pokażę!

Otóż g…no prawda, moi drodzy, bo to korpo pokazała mi środkowy palec wręczając pewnego słonecznego dnia wypowiedzenie. Klient się rozmyślił i zamiast osiemdziesięciu pięciu osób cały projekt miała realizować grupa dwudziestu osób. Dla mnie oznaczało to  redukcję etatu.

Usiadłam sobie na chwilę przy (jeszcze) swoim biurku i pierwsze pytanie, jakie mi się nasunęło to co ja teraz będę robić?

Nagle – gwizd!
Nagle – świst!
Para – buch!
Koła – w ruch!

Chyba same Niebiosa mnie oświeciły, że teraz mogę wszystko! Nie zastanawiając się zbyt długo wysłałam email pożegnalny do moich ulubionych współpracowników, spakowałam graty (nie do wiary, ile się przedmiotów wokół człowieka samoistnie gromadzi) i ruszyłam przed siebie. Do miasta, na zakupy! Miałam w końcu czas tylko dla siebie, bez maili i telefonów. Poczułam ulgę i jednocześnie obiecałam sobie, że nigdy, ale to nigdy więcej.

Przez kilka następnych dni uśmiech nie schodził mi z twarzy. Kiedy już nieco ochłonęłam, pojawiło się pytanie co dalej? Po pierwsze – już od jakiegoś czasu Piotr przebąkiwał o przeprowadzce do Sydney, więc kiedy, jak nie teraz? Miasto większe, możliwości dużo więcej. Tak naprawdę tylko moja praca zatrzymała nas w Perth na tak długo. Po drugie – na ostatnią chwilę znalazłam tanie bilety do Polski. Królestwo za widok uśmiechniętych twarzy rodziców i grzane wino na wrocławskim ryneczku! Kto zgadnie, co zrobiliśmy? Powiem wam. Najpierw polecieliśmy do Polski na trzy tygodnie, a wkrótce przeprowadzamy się do Sydney. Taka historia i bardzo krótkie streszczenie jednocześnie.

Nasza lokomotywa wyruszy więc wkótce ze stacji Perth w nieznanym nam jeszcze do końca kierunku, ale w głowie pojawiają mi się co chwilę nowe pomysły i nie wiemy, na jakiej stacji wysiądziemy mówiąc tak, tutaj będzie dobrze. Z tej czteromiesięcznej lekcji życia wyciągnęłam dla siebie kilka ważnych wniosków:

1. Zdrowie. Wartość nadrzędna. Uwierzyłam, że kiedy moje ciało i dusza mówią stop, to warto się zatrzymać i przyjrzeć, dlaczego tak się dzieje. Nigdy więcej nie zaprzedam duszy korpo za cenę zdrowia. O nie! Nie warto.

2. Nowe możliwości. Ojej, i co teraz? Teraz mogę wszystko! Jedne drzwi zostały zamknięte, ale ile innych otworzyło się w zamian. Spojrzałam w prawo, w lewo, w górę i w dół. I co widzę? Siebie w przyszłości i pasje, o których zapomniałam. Czas posprzątać ten grajdołek i odkurzyć to, co sprawiało mi radość, a czego wyrzekłam się dla mamony. Chcę zrobić coś dla siebie. Zasłużyłam na to.

3. Doświadczenie. Los zabrał mi to, co chciałam (lub myślałam, że chcę) robić, ale dał za to doświadczenie w innych dziedzinach. Wielkie ci dzięki, o łaskawy losie za twe hojne dary! Przydadzą się w przyszłości.

4. Zmiany. Są dobre i konieczne. Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, więc chcę być częścią zmian podejmując decyzje, zanim ktoś podejmie je za mnie.

Obecnie skupiamy się wyłącznie na przeprowadzce na wschodnie wybrzeże Australii. Planujemy trasę i noclegi. Co sprzedamy, a co zabierzemy. Piotr opanowany, ja spanikowana do granic niemożliwości. Czeka nas podróż samochodem z Perth do Sydney. Na pewno wam o tym opowiem!

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja, Moje życie w Oz | Otagowano , , , , , , , , | 8 komentarzy

5 rzeczy, których dowiedziałam się o sobie w Australii

Człowiek jest sam dla siebie kopalnią wiedzy. Kopalnią, bo chcąc nie chcąc drąży i odkrywa coraz to nowe pokłady możliwości, coraz więcej siebie. Dzisiaj dzielę się z wami tym, czego o sobie na emigracji dowiedziałam się ja. Siadaj i czytaj! :-)

 

collage_20150730144155861_201507301454160741. Pierogi ruskie vs. owoce morza.

Prozaiczna rzecz, a dla mnie zdecydowany nr 1 na liście smaków dzieciństwa. Przed oczami mam obraz babci rozgniatającej z pasją kulki z ciasta do momentu, aż przybierały kształt idealnego koła. Następnie rytuał nakładania farszu i starannego sklejania brzegów w falkę. Takie piękne pierożki pokonywały drogę z wrzącej wody na talerze, aż po kilku dokładkach nie mogliśmy się ruszać.

W Australii niestety babci nie było, pierogów też nie. I wtedy poznałam nową zasadę kuchenną – CYO (cook your own), czyli ugotuj sobie sam(a). Cóż było robić. Przez te kilka pierwszych miesięcy chęci się nagromadziło tyle, że poddałam się tejże zasadzie, ale zaraz zaraz… skąd wziąć twaróg? Australijski odpadł w przedbiegach, bo tutejszy twaróg wygląda raczej jak serek wiejski. Podpytaliśmy więc wśród znajomych, bo w końcu w jakiś sposób te pierogi robią, gdzie kupić odpowiedni ser. Odpowiedź – u rzeźnika :-) I to nie był żart. O rzeźniku, rzeźniku, daj nam sera bez liku…

Nie miałam już więc wymówki, aby się wykręcić od spędzenia kilku godzin pochylona nad blatem kuchennym. Mąż nie wybaczyłby mi tego do końca żywota. Musiałam wyjechać na drugi koniec świata, żeby ugotować tradycyjną polską potrawę.

Teraz dla odmiany coś miejscowego – owoce morza. Jedyne, co jestem w stanie przełknąć to krążki z kalmarów, ale to jest absolutny wyjątek. Bleeeeehhhh. Wszystko inne ma dla mnie konsystencję gumowej podeszwy, a zapach przyprawia mnie o ból głowy. Mówią głupia. Może i tak, ale akurat owoce morza w żaden sposób nie trafiają w mój gust kulinarny i nie przekonują mnie ani przystępne ceny, ani też dostępność na każde zawołanie. Proszę więc, nie namawiajcie mnie nigdy na zjedzenie krewetki, bo taka opcja nawet nie wchodzi w rachubę.

2015-07-30 16.54.13

2. Mieszczuch na urlopie, czyli polubiłam podróżowanie po Australii.

Mówiąc podróżowanie mam na myśli również kempingi. W zwyczajnym, pozaurlopowym życiu potrafię wpaść w furię na widok maleńkiej plamy na bluzce lub odstającego jednego włosa. A jeszcze nie daj Boże stanie się to w pracy… Jednak na dźwięk słowa kemping cały ten perfekcjonizm szlag trafia i z jednej strefy komfortu wchodzę w inną, jeszcze lepszą i piękniejszą.

Po pierwsze wyjazd na kemping w Australii to wyprawa wymagająca nie lada przygotowań. Trzeba zabrać ze sobą wszystko na wypadek „co będzię, jeżeli…”. Znajomi śmiali się z nas, że wozimy w samochodzie łopatę, ale ta przydała się nam już nie raz, bardzo łatwo bowiem utknąć w piachu na trasach offroadowych i wtedy każdy radzi sobie sam. Prawdopodobieństwo, że nie spotkasz wtedy żywej duszy jest bardzo duże, tak więc trzeba być naprawdę nieźle wyposażonym. Lodówka, płetwy, stolik, krzesła i latarki. Nie jest jednak najważniejsze co zabierasz, ale dlaczego to robisz. Zaraz po spakowaniu ekwipunku wsiadamy w samochód i jazda w nieznane, ku wolności! Praca, blog, emaile i whatsappy zostają za mną i wcale za nimi nie tęsknię. Klapki japonki, zwiewne sukienki, wiatr we włosach i niezmierzone odległości do pokonania. Kocham to. Odpoczywam wtedy zostawiając z tyłu zgiełk miasta, w którym niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć, a scenariusze dnia powszedniego powtarzają się niczym deja vu. Powtórzę, że Perth jest jedynym dużym miastem w Australii Zachodniej, a od następnych miast średnej wielkości dzielą nas setki kilometrów.

Tak samo podoba mi sie północ, jak i południe stanu. Są zupełnie różne ze względu na krajobraz, ale wszędzie czuję się cudownie. Podróżując po Australii czuję się wolna i niczym nieskrępowana. No dobra, nie pałam sympatią do pająków, ale kto je lubi? Poza tym jest mi wszystko jedno, czy wspinam sie po skałach, czy pływam z żółwiami po rafie koralowej, bo taką dziką Australię właśnie uwielbiam i odkrywanie nowych miejsc to niesamowite doświadczenie. W Australii po raz pierwszy stanęłam na szlaku oko w oko z rogatym zwierzęciem przypominającym bawoła i nie wiedziałam, czy uciekać, czy stać jak on bez ruchu i odwzajemniać zainteresowanie. Po raz pierwszy zobaczyłam orła, który polując złapał w dziób rybę i z nią odleciał. Po raz pierwszy biegałam po dzikich wydmach tarzając się w piachu. Po raz pierwszy o mały włos nie nadepnęłam na węża. Każdy wyjazd przynosi jakiś pierwszy raz i kiedy po powrocie do domu patrzę na nasz samochód cały pokryty czerwonym pyłem, myślę sobie To był naprawdę udany wyjazd…

IMG_33993. A wariatka jeszcze tańczy.

Jako dziecko chodziłam oglądać turnieje tańca towarzyskiego w moim rodzinnym mieście i z wypiekami na twarzy śledziłam każdy krok nienaturalnie prostych kolan i stóp tancerzy, zwłaszcza kiedy walczyli o punkty za wykonanie samby lub cha-cha.

W dorosłym życiu nadal pozostałam wierna zamiłowaniu do latynoskich rytmów, tylko miejsce tańców towarzyskich zajęła salsa. Pierwsze kroki na salsowym parkiecie postawiłam w 2006 roku i od tamtej pory aż do momentu wyjazdu z Polski tańczyłam kilka razy w tygodniu.

Na emigracji człowiek często skupia się na tym nowym i nieznanym i zapomina o swoich pasjach. Albo je odkrywa na nowo. Po wszystkich wizowych turbulencjach, kiedy już emocje – te dobre i złe – opadły, rozejrzeliśmy się wokół siebie szukając czegoś nowego. Znaleźliśmy ukochaną, starą-nową salsunię. Na szczęście Piotrek ma na swoim komputerze nagrania z zajęć, na które chodziliśmy jeszcze w Polsce i przez chwilę w Perth. Odgrzaliśmy również salsowe playlisty i na nowo odkrywamy, jaką radość daje wprowadzenie partnerki do podwójnego obrotu. Radość tym większa, że mamy w Perth zespół Orquestra Yambeque, który często gra salsowe koncerty. Wiecie, co się wtedy dzieje? Ja nie wiem, bo przepadam na parkiecie jak kamień w wodę, czyli szukajcie sobie wiatru w polu. Może go znajdziecie na koniec imprezy z potarganymi włosami i bez tchu, kiedy się już wyhula do woli. W pompie mam chodaki. Dla mnie dens ma sens!

 

2015-07-30 16.49.494. Przyjaźń – nie nie zna granic i nie liczy lat.

Szkoda trochę, że o tej ważnej rzeczy dowiedziałam się dopiero w Australii, ale lepiej późno niż wcale, prawda? Myślę, że ma to podłoże kulturowe, bo w Polsce różnica wieku i wychowanie w atmosferze zwracania się per pan i pani stwarzają dystans i sprawiają, że od pewnych rzeczach ze starszymi od siebie po prostu rozmawiać nie wypada.

W Australii również poznaje się różnych ludzi w różnym wieku. Mówienie sobie na ty nie ujmuje szacunku, ale zdecydowanie znosi bariery w komunikacji. W ten oto sposób mam  jednocześnie koleżanki w wieku mojej mamy i takie, które dopiero co skończyły studia. I co z tego? W towarzystwie każdej kawa smakuje tak samo wybornie. Bardzo cenię sobie każdą osobę, z którą mogę rozmawiać, wymieniać się poglądami i doświadczeniem. Przyjaźń przecież nie sprawdza daty urodzenia, wystarczy lubić ludzi i samemu dać się ludziom lubić. Jestem szczęściarą, że ten australijski los stawia na mojej drodze pozytywne osoby :-)

Inna sprawa to granice, te w wymiarze geograficznym. Czas zweryfikował, kto przyjaciel, a kto nie. I jest w Polsce taka jedna, która mimo posiadania dwójki dzieci i ogólnego codziennego urwania doopy potrafi napisać do mnie i wysłać zdjęcie. Z domu, z wrocławskiego rynku i z urlopu. Nie obraża się, jeżeli akurat po pracy mam telefonowstręt i nie chce mi się jej odpowiedzieć, pisze do mnie i tak. Taka fajna jest. Na śmierć i życie :-)

2015-07-30 16.51.305. Mój jest ten kawałek podłogi…

nie mówcie mi więc, co mam robić!

W jednej z wcześniejszych notek napisałam, że w Australii uczę się być asertywną. Ogólnie rzecz ujmując na emigracji człowiek uczy się sam o sobie niesamowicie dużo nowych rzeczy. Hej, to naprawdę ja? Przez większość część życia, a właściwie to całkiem do niedawna byłam osobą uległą na wpływy innych, przez co często na własne życzenie dostawałam po nosie. Byle tylko ktoś się nie pogniewał, byleby zadowolić pół świata. Szkoda tylko, że nie mojego. W pewnym momencie poczułam, że pozwalam wchodzić z butami tu i tam i i miarka się przebrała. Jedna jaskółka wiosny może i nie uczyni, ale już jedna kropla potrafi przepełnić cały dzban. Jakim prawem, pytam? Doszłam do pewnej granicy i odbiłam się jak od ściany odkrywając w sobie umiejętność artykułowania słowa NIE. Czy to w pracy, czy w życiu towarzyskim – nie znaczy nie. Jeżeli coś mi nie odpowiada lub z czymś się nie zgadzam, to nie przytakuję. Dodam do tego upór godny samego pana osła. Nie ma takiej mocy, żeby mnie do czegokolwiek zmusić. Mój małżonek zapewne to tylko potwierdzi. 

Zmiany są czymś naturalnym. Zmiany są potrzebne. Moja lista pt. Czego dowiedziałam się o sobie w Australii jest ciągle otwarta. A może to raczej niekończąca się opowieść? Na pewno do niej powrócę.

Opublikowano Australopitek pisze, Emigracja | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 13 komentarzy

Moje ulubione miejsce w Polsce. Poznaj Krzeszów

11694287_989821457717009_1482287330_nTen post powstał w ramach projektu wakacyjnego Klubu Polki na Obczyźnie.

Usiądź sobie wygodnie, weź  do ręki mapę Dolnego Śląska, kieruj się krajową piątką na południe i skręć w lewo w drogę wojewódzką 367. Jedź dotąd, aż w oddali zobaczysz dwie wieże. Widzisz je już? Świetnie. Witam cię w Krzeszowie – moim ulubionym miejscu w Polsce. Chcę cię tam dzisiaj zabrać.

Jeżeli napiszę, że Krzeszów to miejsce szczególne, powiesz Tak tak, każdy ma ulubione i każde jest szczególne. Moje naprawdę jest, z wielu względów i opowiem ci o tym. Krzeszów to jedno z opactw średniowiecznego szlaku cysterskiego, który obejmuje tereny Dolnego Śląska, Moraw i Nysy Łużyckiej.  To tutaj, już od początków istnienia miejscowości kultura i historia trzech krajów – Polski, Czech i Niemiec splatają się ze sobą w obrazie i rzeźbie, kamieniu i drewnie. Czy było dobrze, czy źle, na dobre i na złe. W takim oto ukrytym wśród pagórków Krzeszowie od wieków niepodzielnie panuje Królowa Sudetów z koroną wysadzaną górskimi kamieniami.

Kompleks składa się z dwóch kościołów. Bazylika poświęcona jest Maryi jako królowej nieba i ziemi, była miejscem zgromadzenia mnichów i połączona jest z budynkiem klasztornym, a patronem kościóła mniejszego  jest św. Józef – opiekun św. Rodziny. Kościoły uległy spaleniu i zniszczeniu dwukrotnie po to, by w XVIII wieku odrodzić się w postaci perły baroku, której widok zapiera dech w  piersiach – i nieważne, czy widzisz te cuda po raz pierwszy, czy setny. Za każdym razem czujesz się małym człowiekiem, ale  rośniesz w siłę duchową chcąc więcej i więcej. Spójrz na to:

Ołtarz główny z najstarszą ikoną maryjną w Polsce
fot. Krzysztof Lisowski

Wnętrze Bazyliki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny  fot. Krzysztof Lisowski

wnętrze Bazyliki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
fot. Krzysztof Lisowski

Organy w Bazylice fot. Krzysztof Lisowski

Organy w Bazylice
fot. Krzysztof Lisowski

Fasada Bazyliki i budynek klasztorny. Fot. Krzysztof Lisowski

Fasada Bazyliki i budynek klasztorny. Fot. Krzysztof Lisowski

Czy Krzeszów to wyłącznie sanktuarium? Nie. Świątynie bezsprzecznie zachwycają i obecnie są miejscem pielgrzymów i turystów z całej Europy, ale Krzeszów ma do zaoferowania o wiele więcej. Jest tutaj mauzoleum piastów śląskich z sarkofagami Bolka I i Bolka II, w którym ze sklepienia można zobaczyć historię opactwa i obyczaje mnichów. Jest droga krzyżowa, która liczy trzydzieści trzy kamienne stacje-kapliczki położone w różnych zakątkach wsi, a ostatnia znajduje się na dachu Bazyliki. Wpadłbyś na to?

 

Kalwaria Krzeszowska fot. Krzysztof Lisowski

Kalwaria Krzeszowska
fot. Krzysztof Lisowski

Stacja drogi krzyżowej Jezus przed Piłatem for. Krzysztof Lisowski

Stacja drogi krzyżowej Jezus przed Piłatem
for. Krzysztof Lisowski

Legend o Krzeszowie w przewodnikach znajdziesz całe mnóstwo, jednak ja mam swoje trzy ulubione:

Obraz nad ołtarzem głównym fot. Krzysztof Lisowski

Obraz nad ołtarzem głównym
fot. Krzysztof Lisowski

1. Obraz Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nad ołtarzem głównym w Bazylice.

Podniosła chwila wniebowzięcia i ni stąd, ni zowoąd goła pupa aniołka skierowana wprost w stronę fotela opata. Była to zemsta czeskiego malarza Petra Brandla, którego opat cysterski uratował przed więzieniem spłacając dług alimentacyjny artysty. W zamian malarz miał namalować obraz w ołtarzu głównym. Skąd więc zemsta? Ponieważ Brandl swojego trybu życia nie zmienił i aby zmusić go do ukończenia dzieła, opat zamknął go w kościele, a ten twarz aniołka przemalował na… no właśnie na to. Wytęż wzrok i zobaczysz, to co zobaczył dnia pewnego dobroduszny opat siedząc w swym zaszczytnym miejscu.

Matka Boska w kapeluszu http://salontradycjipolskiej.pl/matka-boska-w-kapeluszu/

Matka Boska w kapeluszu
http://salontradycjipolskiej.pl/matka-boska-w-kapeluszu/

2. Śląski Rembrandt i Matka Boska w kapeluszu.

Michał Willmann uczył się malarstwa w Holandii i Flandrii, ale od roku 1660 pracował wyłącznie dla cystersów. I właśnie w kościele św. Józefa namalował ludziom ze wsi niebo – jasno, biało i niebiesko i pokazał świętą rodzinę z Karkonoszy, która żyła tak oni wszyscy. U Wilmanna Matka Boska nosiła kapelusz. Widzieliście to wcześniej gdzie indziej? Ja też nie.

Poszukiwanie noclegu w Betlejem fot. Ks. Waldemar Wesołowki

Poszukiwanie noclegu w Betlejem
fot. Ks. Waldemar Wesołowki

 

3. Willmannowa Pokusa.

I tak mieszkał sobie Willmann w Krzeszowie malując to niebo, a po zakończonym dniu pracy czas spędzał w miejscowej gospodzie. Mało tego, on postanowił pozostać w niej na zawsze. Dosłownie. Na jednym z fresków Maryja i Józef znaleźli nocleg w Betlejem u śląskiego gospodarza w kapeluszu Rembrandta. W taki sposób Willmann uwiecznił samego siebie, a gospoda Willmannowa Pokusa istnieje do dzisiaj.

 

Krzeszów pokochałam jeszcze jako dziecko. 15 sierpnia, w święto maryjne w Krzeszowie co roku odbywa się odpust, co mnie przede wszystkim kojarzy się z tłumami pielgrzymów, kolorowymi straganami, pudrowymi lizakami i kapiszonami – kto pamięta? Zawsze były to jednak wizyty na kilka godzin i powrót do domu.

W czasie studiów zgłosiłam się do Krzeszowa na wolontariat. W okresie wakacyjnym, przez kilka sezonów pokazałam Krzeszów tysiącom polskich i niemieckich ciekawskich, oprowadzając wycieczki od rana do wieczora i wyciągając takie właśnie ciekawostki jak asy z rękawa. Jak ja to kochałam! Nie jestem w stanie powiedzieć, ile osób przez ten czas poznałam. Zdarzało się, że przyjeżdżali turyści niemieccy jeszcze z pokolenia przedwojennego, którzy w Krzeszowie się wychowali i wtedy to ja dostawałam od nich niezłą lekcję historii. Takich spotkań, ani godzin rozmów nie znajdziecie w najlepszych przewodnikach i nikt nie zabierze mi tej wiedzy, którą ktoś wtedy ze mną się dzielił.

Krzeszów to nie jest zwykła miejscowość. Wchodząc do sklepu masz wrażenie, że  panią przy kasie znasz od zawsze. Że wszyscy tam znają się od zawsze, a ty czujesz się jak u siebie. Krzeszów to stan świadomości, nie moherowy i toruński, ale łagodny i dobry. Bo ludzie tutaj są dobrzy.

Przyjdzie, czy nie? fot. Adam Wilk

Przyjdzie, czy nie?
fot. Adam Wilk

W Krzeszowie rozpoczęłąm wspólną wędrówkę przez życie z moim mężem. Póki co droga ta zaprowadziła nas do Australii, ale kto wie, gdzie będzie miała swój koniec :-)

Jeżeli tego lata planujesz wypoczynek w Karkonszach, to zachęcam cię do odwiedzenia Krzeszowa i zapewniam, że wrażenia pozostaną niezapomniane na zawsze, a na wspomnienie małej gołej pupy uśmiechniesz się pod nosem nie jeden raz. Jedź, posłuchaj, zadrzyj głowę, dotknij, zatrzymaj się na chwilę, poznaj symbole i daj się zadziwić. A później napisz do mnie, czy ci się podobało!

Zdjęcia wnetrz i fasady Bazyliki, mauzoleum oraz Kalwarii wykonał specjalnie dla mnie p. Krzysztof Lisowski ze studia fotograficznego Foto Fox w Kamiennej Górze. Bardzo, bardzo dziękuję! Szkoda, że kościół św. Józefa był zamknięty!

11692912_10205696825632550_508039569_n (1)Wakacyjny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 35 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą. 

Więcej info: 
https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Opublikowano Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , , , , , | 3 komentarzy

Festiwal Filmu Polskiego w Perth

1469782_638655636270894_1636259897347154750_nWczorajszą projekcją filmu Ciało oficjalnie rozpoczął się Festiwal Filmu Polskiego w Perth. Po pierwsze uczta dla kinomanów, po drugie święto kultury polskiej, a po trzecie miejsce spotkań Polaków.

FFP jest częścią corocznego międzynarodowego festiwalu filmowego Revelation, którego założeniem jest prezentacja produkcji zdecydowanie mniej komercyjnych i jednocześnie alternatywnych dla filmów amerykańskich. Tak, żeby widza zmusić do myślenia i pozostawić go z własnymi myślami na długo po wyjściu z seansu. Kino Paradiso, mimo że położone w tętniącym nocnym życiem Northbridge, zdecydowanie nie pasuje do komercyjnej miejscówki pokolenia 3D. Po wejściu w atmosferę odlschoolowego półmroku  w głowie rozbrzmiewa melodia rozpoczynająca program W starym kinie – kto pamięta? Zapaść się w stare sprężynowe fotele z kieliszkiem białego wina i oddać się intelektualnej rozpuście… Na to właśnie czekałam.

O festiwalu zrobiło się głośno kilka miesięcy temu. Na facebooku pojawiły się strona i pierwsze informacje. Festiwal Filmu Polskiego, mimo został włączony w Revelation jest całkowicie prywatną inicjatywą. Postanowiłam napisać do organizatorów, zadać kilka pytań kto, jak i dlaczego i otrzymałam taką oto odpowiedź:

Festiwal jest tworzony w 100% tu na miejscu, w Perth. Nie jest kalką festiwalu na wschodnim wybrzeżu Australii, lecz miejscową inicjatywą tutejszej Polonii dla lokalnej społeczności polskiego i innego pochodzenia, aby promować naszą kulturę, polski film oraz stworzyć imprezę, która będzie integrować Polonię, a jednocześnie dostarczy rozrywkę. Idea organizacji FFP pojawiła się już kilka lat temu, ale ponad rok temu słowa zamieniłyśmy w czyny [kto? czytajcie dalej]. Najbardziej intensywne było ostatnie pół roku, bo oprócz organizacji musiałyśmy zająć się promocją.

Filmy wybrane zostały według kilku kryteriów – musiały nam się spodobać, ale i opinia innych znajomych tu i w Polsce, którzy film oglądali również była dla nas ważna. Kolejna rzecz to  opinie krytyków  i to, ile osób film zobaczyło w Polsce. Celem był0 też pokazanie filmów nie starszych niż trzy lata, które zawierają jasny przekaz, poruszają uniwersalne tematy, ale zarazem nie są nadmiernie komercyjne. To, czy film otrzymał nagrody na festiwalach, szczególnie zagranicznych, również było istotne, ponieważ jeśli doceniono go poza Polska, to znaczy, że jest zrozumiały nie tylko dla Polaków :- ) Tak było z Body, Chce się żyć czy Carte Blanche, choć o tym, że ostatni film dostanie nagrodę Grand Prix w Shanghaju nie mogłam wiedzieć wybierając go na początku roku, jednak film wydał mi się bardzo dobry i zrozumiały dla widza dowolnego pochodzenia. [Gratuluję zmysłu wyczucia! Oprócz wymienionych tutaj tytułów obejrzeć można będzie Miasto 44 i Dzień Kobiet]

Taką oto odpowiedź na moje zapytania o festiwal otrzymałam od jednej z organizatorek. Od jednej, bo w sumie są trzy. Dziewczyny same zorganizowały festiwal, zyskiwały sponsorów i starały się o licencje. Działały w taki sposób, żeby uwaga ludzi skupiła się nie na osobach, lecz na wydarzeniu. Należą im się za to gromkie brawa i trzy wielkie bukiety kwiatów, a za promowanie polskiej kultury piątka z plusem! Informacje o terminach projekcji i tytułach filmów  znajdziecie na oficjalnej stronie festiwalu. Zapraszam serdecznie.

Moje gratulacje, dziewczyny!

Opublikowano Co w Perth piszczy | Otagowano , , , , | Skomentuj