Wielkanoc na kempingu i wycieczka do Parku Narodowego Dorrigo

W tym roku wielkanocna historia zatoczyła koło. Zmieniliśmy miejsce zamieszkania i jak dotąd nie poznaliśmy w Maitland zbyt wielu ludzi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że przy naszym przeogromnym drewnianym stole znowu zasiądziemy tylko we dwoje. Kiedy więc przyjaciele z Sydney zaproponowali wyjazd na kemping, zgodziliśmy się bez chwili zastanowienia. Zarezerwowali dla nas miejsce i tak naprawdę to aż do ostatniej chwili nie interesowaliśmy się, dokąd jedziemy. Wiedzieliśmy jedynie, że trzy godziny jazdy samochodem na północ od Maitland. Bardziej w tym momencie liczyło się dla nas towarzystwo. Znać ludzi, którzy tak jak wy kochają kempingi, to prawdziwy skarb. Zazwyczaj o miejscach, w które jedziemy po raz pierwszy, czytamy na długo przed wyjazdem. Tym razem, na pełnym luzie, dopiero na tydzień przed wyjazdem zaczęliśmy śledzić prognozę pogody, żeby wiedzieć, co ze sobą zabrać.

Miejsce, gdzie spędziliśmy świąteczny weekend to Valla Beach Tourist Park, w połowie drogi z Sydney do Brisbane. Miejsce przeurocze, bo otoczone zielenią, niezbyt zatłoczone i tylko dziesięć minut spacerem do od plaży. O tej porze roku temperatura w dzień sięga średnio dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, a w nocy spada do około piętnastu. Przydają się ciepłe śpiwory. O godzinie piątej rano, jeszcze przed wschodem słońca kukabury rozpoczynają swój koncert śmiejąc się nad naszymi głowami. O poranku biega się po trawie pokrytej rosą. I co z tego, że zimno w stopy?

Chcę dzisiaj pokazać wam Park Narodowy Dorrigo, który jest częścią wpisanego na listę UNSESCO rezerwatu Gondwana Rainforests of Australia. Wybraliśmy się tam na wycieczkę w wielkanocną sobotę. To tylko godzina jazdy samochodem na północny zachód od Valla Beach w głąb lądu (podobny czas dojazdu jest z Coffs Harbour). Temperatura w lesie jest niższa od tej na zewnątrz o około pięć stopni Celsjusza, więc w upalne dni odczuwa się tutaj niesamowitą ulgę. Przy tym chłodniejsze powietrze ułatwia oddychanie. Wspaniałe, dzikie dzieło matki natury, a przywilejem człowieka jest móc o nie dbać, w żadnym wypadku nie ingerować. Tym bardziej, że są to tereny plemion aborygeńskich i to właśnie w większości Aborygeni opiekują się parkiem, a dla nich Ziemia to świętość. Cały park narodowy zajmuje powierzchnię stu dziewiętnastu kilometrów kwadratowych i z góry wygląda tak:

IMG_8484logo

Dorrigo to bardzo fajne miejsce na piesze wycieczki. Jest kilka tras, z których najdłuższa to około sześć kilometrów. W punkcie obsługi turystycznej dowiedzielismy się, że na pokonanie tej trasy należy zerezerwować do dwóch i pół godzin, nam jednak zajęło to nieco dłużej. Nie dlatego, że trasa była rzeczywiście trudna do przejścia. Zatrzymywaliśmy się co chwilę, żeby robić zdjęcia. W Dorrigo żyje bowiem ponad trzydzieści rodzajów ssaków, sto dwadzieścia osiem ptaków i czterdzieści gatunków gadów i płazów. Polecam więc założyć buty zakrywające przynamniej stopy, bo może się coś do nogi przykleić. Taki australijski gratis o obłym kształcie:)

20170415_121911logo   20170415_131929logo   20170415_135320logo

Po wejściu do lasu przeniosłam się w czasie i przestrzeni. Przepadłam… Dookoła magiczna, żywa zieleń w przeróżnych odcieniach, przez którą przebijają się promienie słoneczne delikatnie drażniąc półprzymknięte powieki. Wspaniałe uczucie móc zanurzyć się w tym bogactwie kształtów i puścić wodze fantazji! Liany, w jednym miejscu zwisające leniwie, a w innym ciasno i zachłannie oplatające wielkie drzewa układając się w geometryczne kształty i równoległe linie. Klucz wiolinowy, żeby móc lepiej usłyszeć odgłosy przyrody. Ławka, na którą można się wdrapać, skrzyżować nogi jak dzieciak i zadrzeć głowę w stronę liściastych koron i dostrzec ich różnorodność.

20170415_135436logo   20170415_135928logo   20170415_135200logo3

W Dorrigo czułam się jak wyjątkowy gość. Bo czy codziennie można przejść po zielonym dywanie utkanym z wilgotnego mchu?

20170415_134708logo

Ale nawet tutaj matka natura mówi też niekiedy Stop, bliżej nie podchodź!, wyznaczając granice, których przekroczenie może okazać się… wyjątkowo bolesne.

IMG_8552logo

Wstęp na szlaki kosztuje dwa dolary. Pośrodku parku jest też miejsce na odpoczynek i piknik. Jeżeli planujecie całodniową wycieczkę, polecam zabrać ze sobą prowiant. Przy punkcie obsługi turystycznej jest również kawiarnia, bo jakże by inaczej? Jest Australia, jest i kawa.

Lubicie parki narodowe? Czy raczej wolicie plażowanie? Podzielcie się w komentarzach, jaka jest wasza ulubiona forma spędzania wolnego czasu!

Opublikowano Bez kategorii, Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , , | 1 komentarz

Pierwsze tygodnie w Maitland

IMG_8293

Pierwsze tygodnie w Maitland za nami. Najczęściej nasze nowe miejsce zamieszkania nazywamy – z przymrużeniem oka – wioską. Maitland jest jednak piątym co do wielkości i jednym z najstarszych miast w Nowej Południowej Walii. W porównaniu do pięciomilionowego Sydney, w Maitland wszystko wydaje się być pod ręką i w zasięgu wzroku. Populacja Maitland, włączając miasto i jego dzielnice, to obecnie siedemdziesiąt dziewięć tysięcy ludzi. Tylko od roku 2001 liczba mieszkańców wzrosła o dwadzieścia cztery tysiące, a średnio co pięć lat zwiększa się o dziesięć procent. Właściciele firm budowlanych zacierają ręce upatrując wielkich zysków z budowy i sprzedaży domów, bo krajobraz rzeczywiście zmienia się w oka mgnieniu. Mąż pracuje, a ja nadrabiam różnego rodzaju zaległości. W międzyczasie poznaję okolicę – biegam po ulicy z aparatem i zaczepiam ludzi. Ciekawi was, jak żyje się w małym, australijskim mieście? Czytajcie o moich pierwszych obserwacjach.

Jesteś w Maitland, zwolnij…

Jadąc do Maitland od strony Newcastle, Suzi rozpędza się do 80 km/h, ale im bliżej domu, tym bardziej zwalnia. Wciąż na New England Highway, ale już z pierwszymi zabudowaniami dookoła wciskam hamulec i kątem oka sprawdzam, czy wystarczy, czy wciąż jadę szybciej niż dozwolone sześćdziesiąt. Skręcając w prawo, zawsze przy tej samej stacji benzynowej, czuję, że jestem w East Maitland – 50 km/h. Czyli nic nadzwyczajnego, prawda? Jedziemy kilkaset metrów dalej, a tu ciach, kolejny znak z magiczną liczbą – 40.

Całkiem niedawno wpadła mi do głowy taka myśl, właśnie podczas jazdy samochodem, że z tymi znakami prędkości to zupełnie jak z życiem w Maitland. Kiedy jesteś poza miasteczkiem, pędź, jeżeli lubisz. Jednak kiedy zbliżasz się do Maitland, musisz zwolnić, bo tak się tutaj żyje i koniec. Powoli, bez pośpiechu, bez wyścigu szczurów. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że leniwie. Nie ma tłumów na ulicach, życie toczy się tutaj niesłychanie spokojnie. Korki? A owszem, bywają, ale w wersji mini, wyłącznie dwa razy dziennie – przed dziewiątą rano i piątą po południu.

Skąd jesteś?

To pytanie pada na początku każdej, absolutnie każdej rozmowy. W aptece, sklepie, kawiarni, siłowni. Wszędzie. Zarówno w Perth, jak i w Sydney, ze względu na wielokulturowość, nie pytano nas o pochodzenie tak często, jak w Maitland. Ta różnorodność narodowa sprawia, że w dużych miastach większość ludzi mówi po angielsku z obcym akcentem i nawet nie zwraca się na to uwagi. Zupełnie inaczej jest w mniejszych miejscowościach, tym bardziej jeżeli nie są super popularnymi miejscami turystycznymi. Nam mówienie z polskim akcentem zupełnie nie przeszkadza, rozmówcom też nie – nie w tym rzecz. Tylko niejednokrotnie uśmiecham się pod nosem, bo jestem w stanie przewidzieć następne kilka minut konwersacji. Tutaj na dźwięk inny niż australijska odmiana języka angielskiego (o tak,  jest i taka), słuch rozmówcy wyostrza się o 100%, mruży oczy, marszczy czoło i rozpoczyna się dochodzenie – skąd, po co i dlaczego. Taka lokalna egzotyka. Czasem próbują zgadnąć i typują, że pochodzimy z Francji (to chyba zdarza się najczęściej), Rosji lub Szwecji. Pudło :) Słysząc poprawną odpowiedź – Polska – reagują Oh, that’s so cool! To bardzo miłe, ale zapewniam was, że osiemdziesiąt procent z nich nie wie nawet, gdzie leży Polska.

Mieszkańcy Maitland

Proszę, nie zrozumcie mnie źle. To, że ktoś nie wie, gdzie leży Polska nie znaczy, że nie jest fajny. Mieszkańcy Maitland są bardzo mili. Na początku wyczuwa się pewien dystans, tak jakby nas obserwowali, w końcu jesteśmy tutaj nowi i w dodatku nie jesteśmy Australijczykami. Później jednak zaczynają zadawać pytania, zagadują i przyjmują do grupy.

W Maitland mieszka bardzo dużo młodych małżeństw z małymi dziećmi. Podobnie jak my, uciekają z wielkiego miasta lub – równie prawdopodobne – w ogóle z Maitland nie zamierzają się wyprowadzić. Bo i po co? Wszystko, co potrzebne do życia jest, do plaży w linii prostej trzydzieści minut jazdy, winnice niemalże za rogiem, nieruchomości tańsze w porównaniu do Sydney razy chyba sto (a tak serio to co najmniej dwa razy) i nawet bilety do kina kosztują we wszystkie dni tygodnia dziesięć dolarów.

Nie dalej, jak tydzień temu umówiłam się z koleżanką na kawę. Ona, młoda mama, jej pięciomiesięczny synek w vintage wózku i ja, nowa ciocia mówiąca w języku rodzicieli młodego. Idziemy sobie powolnym krokiem w stronę kawiarni, docieramy na miejsce o godzinie dziesiątej (rano), a tam już kilka mam i obok wózki, jeden przy drugim. I tak każdego dnia.

Inna, zabawna sytuacja. Na stacji benzynowej, uzupełniam Suzi zapasy na następne czterysta kilometrów szalonej jazdy. Z daleka uśmiecha się do mnie jegomość w wieku mojego taty. Idzie w moją stronę pewnym krokiem, zatrzymuje się i mówi: Nie, nie mogę tego zrobić. Ja: Ale czego nie możesz zrobić? On: No nie mogę tego zrobić. Nie mogę zostawić dla ciebie żony i dziesięciorga dzieci. Ja: W sumie ja też nie mogę zostawić męża, który teraz właśnie płaci za benzynę i patrzy na nas. Roześmialiśmy się oboje, po czym pan poszedł w stronę kasy i powiedział mojemu mężowi: Kazała mi spadać. Kurtyna :)

Polonia w Maitland

Do tej pory nie spotkaliśmy w Maitland zbyt wielu krajanów. Mamy kilkoro znajomych, który znamy jeszcze… z Perth. Czyli nie my pierwsi i, mam nadzieję, nie ostatni! Potwierdza się przysłowie, że góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze. Wybraliśmy się do kościoła na mszę w języku polskim. Było – łącznie z nami – czternaście osób. Średnia wieku… hmm… myślę, że około sześćdziesięciu pięciu lat. Na zakończenie zostaliśmy wywołani przez księdza do odpowiedzi. Przedstawiliśmy się, opowiedzieliśmy kilka słów o sobie, na co jedna pani w jednej sekundzie, na jednym wydechu niemalże krzyknęła: O, to ja was tutaj zgarnę do czytania podczas Mszy!

O ile w Sydney i w Perth zdarzało nam się słyszeć język polski na ulicy, tak w Maitland nie spodziewamy się doświadczać tego zbyto często. Według ostatniego spisu ludności, znajomość języka polskiego zadeklarowało 0,2% mieszkańców Maitland, więc niewiele. Jednak wielu z tych Australijczyków, którzy są ciekawi naszego pochodzenia ma mieszkających tutaj znajomych Polaków. Dzisiaj w siłowni musiałam młodzieńcowi z recepcji przeliterować swoje nazwisko. Na to starszy pan stojący obok zapytał: Jesteś z Polski? Bo mam przyjaciela o takim samym nazwisku. Odpowiedziałam: Tak, to jest w Polsce bardzo popularne nazwisko. Tak jak Smith w Australii. Instruktorka, która usłyszała naszą rozmowę, podniosła wzrok i uśmiechając się powiedziała: No to będziesz naszą Smithie. No cóż, nie będę protestować:)

Miłe początki adaptacji w nowym miejscu zamieszkania, zgodzicie się? Jeżeli początek jest zapowiedzią przyszłości, to ja tutaj zostaję.

Opublikowano Australia z przymrużeniem oka, Emigracja, Maitland, Moje życie w Oz | Otagowano , , , , , , , | 5 komentarzy

Mój pierwszy dzień w Australii

Pierwszy dzien na emigracji (1)

Wpis powstał w ramach projektu wiosennego Klubu Polki na Obczyźnie Mój pierwszy dzień na emigracji. Polki mieszkające w różnych częściach świata, autorki blogów, pisarki i podróżniczki, opowiadają o swoim pierwszym dniu w nowym kraju. Ten jeden, jedyny dzień, koniec starego i początek nowego rozdziału.

Czy ja pamiętam nasz pierwszy dzień w Australii? O tak! Zupełnie, jakby to było wczoraj, mimo że upłynęły już ponad cztery lata. Zapytana, kiedy przylecieliśmy do Australii, zazwyczaj odpowiadam podając dokładną liczbę lat, miesięcy, dni i godzin. Wtedy małżonek komentuje No już, dobrze, nie popisuj się. Ale w końcu pierwszy stycznia, czy tam Nowy Rok – jak kto woli – to data, której nie sposób zapomnieć lub pomylić z żadną inną, zgodzicie się?

Nie planowaliśmy jakoś szczególnie, żeby przylecieć do Perth właśnie tego dnia. Skusiła nas cena biletów, w jedna stronę, rzecz jasna. Wylot był w Sylwestra, więc i ludzi w samolocie było znacznie mniej. Kurtki i buty zimowe zostawiliśmy rodzicom, bo nie były nam już potrzebne. Na lotnisku w Warszawie spotkaliśmy moją koleżankę z mężem. Oni również lecieli do Doha, a tam nasze powietrzne drogi rozeszły się – oni do Indii, my do Australii. Drugi lot trwał trzynaście godzin, ale większość przespałam, więc ale niewiele z niego pamiętam. Zresztą, nie na locie się skupiałam, lecz na tym, co nas czeka w krainie kangurów.

W Perth wylądowaliśmy dokładnie o godzinie 17.20 miejscowego czasu. Ja ubrana w czarną bluzę z kapturem, z rękawami naciąganymi na kciuki. Mąż w koszulce z czasów kawalerskich, z napisem Mam Wy..ane i jasno brązowych spodniach-bojówkach. Tadam, oto jesteśmy Australio! Ponieważ przylecieliśmy w środku australijskiego lata, spodziewaliśmy się zderzenia z falą nieznośnie gorącego powietrza. Wyszliśmy z samolotu, rozejrzeliśmy się dookoła i spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Perth przywitało nas deszczem i chłodem.

Odebraliśmy bagaże i udaliśmy się w stronę granicy. Miły celnik zapytał jedynie, po co nam tyle lekarstw (a wyposażyć mogliśmy kilka apteczek, jak to Polacy) i życzył nam udanego pobytu w Down Under. Po wejściu do hali przylotów ujrzeliśmy wieeelką choinkę, przystrojoną złotymi ozdobami. Pstryknęliśmy pierwsze zdjęcie w naszym nowym kraju, bo to zderzenie lata i post-świątecznej, lecz wciąż choinkowej atmosfery wydało nam się… dziwne. Tak, dziwne to odpowiednie słowo.

Jeszcze będąc w Polsce, zarezerwowaliśmy noclegi w nieistniejącym już dzisiaj Underground Backpackers, w dzielnicy Northbridge. Lokalizacja hostelu wyglądała na mapie jak centrum miasta, więc nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Nie wiedzieliśmy nawet, jak tam dojechać. Cztery lata temu nie było jeszcze tylu źródeł informacji w postaci blogów i facebookowych grup, a już na pewno nie na temat Perth. Udało nam się kupić bilety na autobus, który kursował na trasie z lotniska do Northbridge. Kierowca upchał chyba sto walizek i plecaków w kwadratowej, blaszanej przyczepce i powiedział coś w swoim języku, którego nie zrozumiałam. Po pierwsze, moja znajomość angielskiego była wówczas na poziomie zaledwie komunikatywnym. Po drugie, ów kierowca autobusu mówił po australijsku, czyli angielsku, tylko z kilogramem wielkich kluch w gębie. Zgarnął od pasażerów kasę za bilety i rozwiózł wszystkich do noclegowni podobnych do naszej. Odniosłam wrażenie, że wszystkie te hostele to ruiny, które nadają się wyłącznie do wyburzenia.

Również nasz hostel w rzeczywistości wyglądał dużo gorzej, niż na zdjęciach. Wysokie sufity z pajęczynami w rogach, półmrok i stare, czerwono-czarne dywany wymagające czyszczenia stwarzały mroczną atmosferę. Uspokoił nas widok kilku młodzieniaszków oglądających w holu telewizję. Z butelką VB w dłoni, wyciągali swoje opalone, zrelaksowane ciałka na kanapie pokrytej zielonym, popękanym skajem. Dookoła unosił się zapach tostów z białego pieczywa. Ktoś w kuchni smarował je brązową pasta, w końcu była to już pora kolacji. Nie może być tutaj aż tak źle, pomyśleliśmy.

W recepcji okazało się, że dokonując rezerwacji pomyliłam daty. Nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć dlaczego, ale byłam pewna, że przylecimy  nie pierwszego, a drugiego stycznia. Na nasze szczęście, w hostelu mieli wolne pokoje, więc uniknęliśmy spania pod gołym niebem. Wyposażenie naszego pokoju było bardzo skromne: łóżko piętrowe i szafa. Klimatyzacja w postaci otwartego okna od strony ruchliwej ulicy i komary gratis w nielimitowanej ilości.

Emilia DL

Wśród trzydziestu kilogramów dobytku odszukaliśmy ręczniki. Szybki prysznic i pognaliśmy przed siebie, żeby jeszcze zobaczyć chociażby niewielką część miasta. Już na pierwszym przejściu dla pieszych Piotrek szarpnął mnie za ramię, bo spojrzałam w lewo, a z prawej strony akurat nadjeżdżał samochód. Deszcz ustał, a powietrze tak bardzo się ociepliło, że powieki zaczęły same opadać. Poczułam, że powoli ogarnia mnie zmęczenie. Zatrzymaliśmy się na pierwszy australijski posiłek w… chińskiej, niskobudżetowej jadłodajni. Pamiętam jedynie słodki smak smażonej panierki i sezamu. Usiedliśmy jeszcze na chwilę na równo skoszonym trawniku przy Northbridge Plaza, gdzie w letnie wieczory backpackersi łapią darmowe wi-fi. Chwilę później wróciliśmy do hostelu i posłusznie oddaliśmy się w objęcia Morfeusza.

W ten pierwszy dzień w Perth jeszcze nie do końca do mnie docierało, że właśnie dołączyłam do grona emigrantów. Nie znaliśmy ludzi, nie znaliśmy miasta, wszystko było zupełnie nowe. Wciąż ciężko było mi uwierzyć, że jak za dotknięciem różdżki znaleźliśmy się na drugim końcu świata. Dobrze, że byliśmy wtedy razem. W ten dzień nie było ochów, achów, ani też dramatyzowania – na to przyszedł czas później.  A co było dalej, już wiecie :)

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , , , , , , | 10 komentarzy

Cztery lata w Australii. Co było, co jest i co będzie.

Emilia Maitland

W styczniu minęły cztery lata, odkąd zamieszkaliśmy w Australii. To dosyć długo, jest o czym pisać. Od początku istnienia bloga poznaliście już kilka naszych przygód. Wiecie, że mieszkaliśmy w Perth, a obecnie mieszkamy w Sydney. Tzn. jeszcze mieszkamy, a mówiąc dokładniej to już niedługo przeprowadzimy się w zupełnie nowe miejsce. Zapraszam was w krótką czytelniczą podróż i opowiadanie o tym, co było, co jest i co będzie.

Część I. Perth.

W Perth postawiliśmy pierwsze kroki na australijskiej ziemi. Doskonale pamiętam moment wyjścia z samolotu. Spojrzałam za okno. Padał deszcz, a zachmurzone i szare niebo rzucało nam gniewne spojrzenia. Miłe złego początki, pomyślałam.

Tak naprawdę to właśnie w Perth poznaliśmy smak emigracji. I wszystko przeżyliśmy tutaj po raz pierwszy – Dzień Australii, Wielkanoc na plaży, imprezę w klubie polonijnym, udar słoneczny, spotkanie z red back’iem i nocną jazdę na motorze z kiełbasą od polskiego rzeźnika za pazuchą. Wymieniać mogłabym w nieskończoność, lista jest długa. Taki jeden, wielki australijski pierwszy raz. Pobyt w Perth był dla nas również czasem boju o nasze być, albo nie być w Down Under. Pokonaliśmy krótką w czasie, aczkolwiek zawiłą drogę wizową. Przyjechaliśmy z wizą studencką. Początki w nowych miejscach do najłatwiejszych nie należą, wiadomo, zwłaszcza jeżeli prawo do pracy i przypływ gotówki są ograniczone, a weekendy spędza się w szkole. Po kilku miesiącach znalazł się jednak sponsor – firma, która wystąpiła dla mnie (i męża jako mojego życiowego partnera) o wizę pracowniczą. W międzyczasie uznaliśmy kwalifikacje zawodowe męża, zdaliśmy egzamin językowy i złożyliśmy aplikację o wizę stałego pobytu. Udało się! Później mogło być już tylko lepiej. Idźmy dalej :-)

Część II. Sydney.

Po trzech latach spędzonych w Perth, z uwagi na mało korzystną sytuację ekonomiczną w Australii Zachodniej, postanowiliśmy przenieść się do Sydney. Zresztą nie tylko my, bo w ostatnich latach jest to dość popularny trend. Mimo tęsknoty za spokojnym życiem w Perth wiedzieliśmy, że to była najlepsza decyzja, jaką wtedy mogliśmy podjąć. Niedługo po przeprowadzce wpadliśmy oboje w sidła wielkiego miasta, napędzanego każdego dnia gonitwą wielokulturowego tłumu. Jeszcze szybciej, jeszcze więcej, jeszcze wyżej – taki jest styl życia w Sydney. Realizowaliśmy się w pracy, poszerzaliśmy wiedzę, ale wiecie – coś za coś. Coraz mniej czasu dla siebie, a i ze znajomymi trzeba umawiać się z długoterminowym wyprzedzeniem. Nie, to chyba jednak nie dla nas, powtarzaliśmy sobie coraz częściej. No dobrze, to co robimy?

Część III. Maitland.

Już widzę wasze miny. Maitland, a gdzie to? Posłuchajcie.

Moja druga połowa uznała, że chce powrócić do dróg – jakkolwiek to brzmi. Wcześniej je budował, a teraz zamarzyło mu się projektowanie. Wiedziałam, że jeżeli już coś postanowił, to myśl ta nie ma nawet cienia szansy, żeby go opuścić, nawet gdyby bardzo chciała. Mój mąż jest najbardziej zdeterminowaną osobą, jaką znam. Cel, pal! Zrobił wymagane kursy i zaczął z uporem maniaka aplikować o nową pracę. Nie mam zielonego pojęcia, ile aplikacji wysłał, ale… znowu się udało! Odezwała się niewielka firma z Maitland. Rozmowa kwalifikacyjna trwała krótko, bez zbędnych ceregieli i tryliona etapów rekrutacji. Od razu było wiadomo, że mąż tę pracę dostanie. Pytanie za sto punktów – jechać, czy nie jechać? Oczywiście, że tak! Po pierwsze – skoro pojawiła się możliwość, chcemy ją wykorzystać. Po drugie – oznacza to zmianę stylu życia. Zaledwie 50 tysięcy mieszkańców, cisza i spokój, którego w Sydney nam czasem brakuje. Maitland leży sto sześćdziesiąt kilometrów na północ od Sydney, trzydzieści od Hunter Valley i czterdzieści od Newcastle. Mówiąc w skrócie, pomiędzy winnicami a oceanem. Samo miasteczko jest rzeczywiście niewielkie, pięć ulic na krzyż, kościół i ratusz. Jest rodeo, konkursy pieczenia ciast i cotygodniowe targi rękodzieła. Jak u Kochanowskiego – Wsi spokojna, wsi wesoła. No dobra, jest też kilka dobrych restauracji i kawiarni, bo przecież bez tego w Australii żyć się nie da.

Zatem wiecie już, skąd będziemy nadawać na falach Australia – reszta świata. Nie oczekuję jednogłośnego Wow, bo nie o to w tej przeprowadzce chodzi. Gdybym chciała podsumować jednym słowem, powiedziałabym po prostu Zwalniamy. Mąż już tam jest, a ja dołączę do niego w marcu. Teraz moja kolej wysyłania aplikacji o pracę. W korpo wypowiedzenie już złożyłam. Mam kilka planów na swoją przyszłość w Maitland, będzie dobrze! Marzy mi się mieszkanie w niewielkim domku z ogródkiem, takim jak z piosenki:

W moim magicznym domu 
wszystko się zdarzyć może. 
Same zmyślają się historie, 
sam się rozgryza orzech. 

Gościu znużony, gościu znudzony,
jeśli zabłądzisz kiedyś w te strony, 
zajrzyj tu do nas koniecznie. 

Intuicja szepcze mi do ucha, że nie pożałujemy decyzji o kolejnej przeprowadzce. Im głębiej w las, tym więcej drzew. A im dłużej w Australii, tym bardziej czuję się jak w domu. Małe australijskie miejscowści mają w sobie to coś, ten niepowtarzalny urok i czyste powietrze, zupełnie nieskażone wielkomiejską cywilizacją. O tym opowiem wam już jednak innym razem.

Opublikowano Bez kategorii, Emigracja, Moje życie w Oz, Pojechali! | Otagowano , , , , , | 22 komentarzy

„Julia w Australii”. Recenzja książki i konkurs.

julia-w-australii-b-iext45108617

Kilka dni temu ukazała się nowa książka Julii Raczko pt. Julia w Australii. Autorka bloga Where is Juli + Sam wyruszyła w samotną podróż dookoła świata, z której nigdy nie wróciła. A dlaczego? Ponieważ – w wielkim skrócie – w Australii poznała Sama, zakochali się w sobie, zamieszkali razem w Brisbane i żyją długo i szczęśliwie podróżując przez Down Under.

Właśnie w tę podróż Julia zabiera swoich czytelników dzieląc się wspomnieniami z miejsc, które odwiedziła. A jest ich tak wiele! W książce jest wszystko, co sama chciałabym wiedzieć przed wyjazdem na Antypody. Wg Julii Australia to nie tylko najbardziej znane kilkumilionowe Sydney czy Melbourne, ale to również niewielkie osady pośrodku niczego. To duże odległości, puby, w których jak mgła unosi się zapach lokalnego piwa i słynne fish & chips, które najlepiej smakują konsumowane na skarpie z widokiem na ocean. To najbardziej wyszukany smak kawy w kubku na wynos, winnice skąpane w słońcu i czerwień ziemi w outbacku. Australia i jej mieszkańcy to historia i bogactwo wszystkich religii i kontynentów. Wielka Rafa Koralowa, Uluru i Great Ocean Road. Wszystko w obrębie jednego państwa-kontynentu, a tak daleko od siebie.

Mieszkam w Australii już prawie cztery lata. Dzięki Julii powróciłam w myślach do ulubionych, dobrze mi znanych miejsc w Australii Zachodniej i pomyślałam, że właśnie tak pięknie tam jest! Do tego fotografie, które jeszcze bardziej rozbudzają wyobraźnię i zwiększają chęć na poznawanie Australii. Z wypiekami na twarzy czytałam barwne opisy z kolejnych wypraw w miejsca, które wciąż na mnie czekają.

Książki nie przeczytałam jednak w ciągu jednego dnia… To po prostu nie jest możliwe! Podróż Julii to nie jest jeden lot tam i z powrotem, lecz kolejne wyprawy przez cały kontynent. Po przeczytaniu każdego rozdziału odczekałam kilka dni, aby móc cieszyć się kolejnym etapem. Julia podpowiada, w jaki sposób zorganizować podróż przez Australię i nie zbankrutować. To nie jest przewodnik w stylu Australia w miesiąc, lecz raczej To jest moja Australia, poznaj , gdzie klasyczne opisy miejsc z wątkami kulturowo-historycznymi przeplatają się osobistymi wpisami z pamiętnika autorki

Książka Julia w Australii powinna znaleźć się na liście lektur obowiązkowych osób planujących wyprawę do krainy Oz. Dowiecie się między innymi, dlaczego przewożenie owoców i warzyw z jednego stanu do drugiego jest zabronione, gdzie znajduje się muzeum Mad Maxa  i jak duża jest kopalnia złota Super Pit w Kalgoorlie. Dlaczego Julia musiała posiadać certyfikat RSA oraz w jaki sposób aborygeńska dziewczynka kwestionuje sens uwieczniania na zdjęciach twarzy osób spotkanych w podróży.

Książkę pokochają również emigranci. Wielu z nich ma podobne historie o trudnych początkach, kiedy wszystko dookoła jest nowe – miejsce zamieszkania, ludzie, praca… Czy Julia tęskni za Polską? Tego dowiecie się czytając opowieść o niej – młodej dziewczynie w Australii, podróżniczce i emigrantce. Polecam!

KONKURS, KONKURS, KONKURS!

Pierwsza osoba, która prawidłowo odpowie na pytanie Jakie zwierzęta i dlaczego znajdują się w godle Australii otrzyma egemplarz książki „Julia w Australii”! Pozostali uczestnicy otrzymają ode mnie pocztówkę z Sydney :)

Na odpowiedzi czekam do 2 listopada. Wysyłka na terenie Polski. Zapraszam! 

zdjęcie pochodzi ze strony www.empik.com

Opublikowano Bez kategorii, Emigracja | Otagowano , , , , , | 18 komentarzy

Perth vs. Sydney. Które miasto wybrać?

Perth vs Sydney

 W Perth mieszkałam trzy lata i tam stawiałam swoje pierwsze kroki po drugiej stronie globu. Do Sydney przeprowadziłam się  dziesięć miesięcy temu i wciąż uczę się życia w wielkomiejskiej dżungli multi kulti. Znajomi w Sydney często pytają o porównanie, jak żyje się na wchodnim, a jak na zachodnim wybrzeżu Australii. Czy lepiej, czy inaczej? Nie znam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Perth to mój pierwszy australijski dom, a Sydney… jeszcze nie wiem. Zebrałam jednak swoje obserwacje w całość, przeczytajcie.

Życie miejskie

Wychowałam się w niewielkiej miejscowości u stóp Karkonoszy. Studiowałam w Opolu, mieszkałam we Wrocławiu i wówczas to były dla mnie duże miasta. Wyjeżdzając do Perth myślałam taka metropolia, jak ja tam się odnajdę! A teraz jeszcze na dokładkę Sydney… Mamma mia, oszaleć można!

Jeżeli bierzecie pod uwagę Perth lub Sydney jako przyszłe miejsce zamieszkania w australijskim raju, zastanówcie się, który styl życia miejskiego będzie wam bardziej odpowiadał. Odnoszę wrażenie, że w oddalonym od wszystkiego Perth czas płynie o wiele wolniej. Bo i do czego się spieszyć… Oczywiście, że są korki w godzinach porannych i popołudniowych, ale tylko przez chwilę. Miasto budzi się wczesnym rankiem i zasypia po godzinie 18, kiedy ostatni zgasi światło w biurze. O Perth mówi się, że to idealne miejsce dla życia rodzinnego. Jest spokojniej, nikt się nigdzie nie spieszy, a w tygodniu można znaleźć czas i na pracę, i na przyjemności. Istnieje pewna granica pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym, co bardzo sobie cenię.

Dopiero po przeprowadzce do Sydney zrozumiałam, co znaczy żyć w metropolii. Obecnie w Sydney mieszka ponad 5 milionów ludzi, o milion więcej niż w 2011. Ludzie od rana pędzą jak nakręceni w kierunku stacji kolejki. Sąsiad w pośpiechu odwozi dzieci do przedszkola, bo już o 8 rano ma spotkanie z klientem. Samochody, jak na komendę, wyjeżdżają na drogi i rozmnażają się w zastraszającym tempie. Korki w Sydney są od rana do wieczora. W Perth posiadanie samochodu było koniecznością, a w Sydney jeździmy Suzi wyłącznie, kiedy wybieramy się na cotygodniowe zakupy lub wycieczkę za miasto.

W Sydney jest więcej pracy, ale też i dłużej się pracuje. To miejsce, żeby zrobić karierę, rozwinąć skrzydła i pofrunąć w inne miejsce. Ludzie, spędzając godzinę w pociągu lub autobusie w drodze do pracy śpią, czytają książki lub już uruchamiają służbowe laptopy. Bo przecież trzeba odpisać szefowi. Ech, w Sydney wszystko jest takie pilne!

Turystyka

Znaczna większość turystów rozpoczyna zwiedzanie Australii w Sydney. Przejść po Harbour Bridge i pstryknąć fotkę pod operą – marzenie wielu. I słusznie, bo budynek opery, mimo że otwarty zaledwie w 1973r, jest ikoną Sydney. Miasto tętni życiem do późnych godzin wieczornych (lub wczesnych porannych – jak kto woli). Muzea, wioska olimpijska, zatoka, rejsy promami po rzece, plaże, parki narodowe, góry i trasy wycieczkowe, restauracje i puby – w dowolnej kolejności, w zależnosći od upodobań. W Sydney nikt nie będzie się nudził, a wszystkie atrakcje są w zasięgu transportu publicznego. Lubię Sydney za to, że mimo wielkomiejskiego charakteru jest dostępne dla turystów. Tutaj znajdziesz 10 rzeczy, które trzeba zrobić w Sydney.

Najlepsze miesiące na zwiedzanie Sydney i Nowej Południowej Walii to listopad – kwiecień. Latem temperatury sięgają 35 stopni odczuwa się wilgoć, ale czy komuś to przeszkadza? Z Sydney można również szybko dolecieć do Nowej Zelandii, Nowej Kaledonii, na Tasmanię lub Fidżi.

Perth jest mniejszym miastem, więc można zwiedzić więcej miejsc w krótszym czasie. Osobiście uważam, że pięć dni wystarczy, żeby zobaczyć najważniejsze punkty na turystycznej mapie Perth, do których można dotrzeć transportem publicznym. Aby dotrzeć w ciekawe miejsca poza miastem, konieczne jest posiadanie samochodu. Różnica pomiędzy Perth, a Sydney jest taka, że podczas, gdy Sydney tętni życiem całą dobę, Perth milknie wraz z zachodem słońca. Oczywiście, restauracje i puby są otwarte, jednak ogólnie jest jakby… ciszej(?!).

Najlepsze miesiące na zwiedzanie Perth i Australii Zachodniej to, podobnie jak Sydney, listopad – kwiecień. Temperatury sięgają 35-40 stopni, a klimat jest suchy (pranie schnie w 15 minut – sprawdziłam!). Bliżej stąd do Azji. Lot na Bali trwa tylko 3,5 godziny. Sprawdźcie, co można robić w Perth.

 Rynek pracy 

Sytuacja na rynku pracy w Perth jest powiązana z sytuacją gospodarczą całego stanu. Na północy Australii Zachodniej wydobywa się węgiel kamienny i brunatny, rudy żelaza, uran, gaz, ropę, metale oraz minerały. Kiedy więc ceny surowców na światowych rynkach wzrastają, w Perth rynek pracy jest bardzo przyjazny dla pracowników. Nowe projekty i zapotrzebowanie na kadrę, wysokie zarobki i – co się z tym wiąże – wysoki poziom życia. Wspaniale, prawda? Jednak około dwóch lat temu ceny surowców znacznie spadły. Cena baryłki ropy jest obecnie najniższa od 1990 roku. Z kolei największe w ciągu ostatnich 25 lat spowolnienie gorpodarki Chin spowodowało zmniejszenie zapotrzebowanie na węgiel. Redukuje się koszty realizacji istniejących projektów, a nowych właściwie się teraz nie rozpoczyna.

Co to oznacza dla osób poszukujących pracy w Perth? Ogranicza się wydobycie i koszty, nie potrzeba więc tylu pracowników. Firmy w Perth redukują zatrudnienie i zdarza się, że jednego dnia firma zwalnia kilkaset osób. Ludzie zostają bez pracy, więc weryfikują i ograniczają wydatki swojego gospodarstwa domowego. Zamiast napić się kawy w kawiarni, zaparzą sobie w domu. Zamiast kupić lanczyk „na mieście”, sami ugotują. Remont kuchni może poczekać, a mniejszym samochodem też można wszędzie dotrzeć. To taki rodzaj reakcji łańcuchowej.

Jeżeli więc myślicie, żeby emigrować do Perth w niedalekiej przyszłości, przemyślcie to kilka razy. Firmy sporadycznie sponsorują nowych pracowników. Po co mają zatrudniać osoby, które dopiero co przyleciały do Australii, jeżeli mogą wybierać w setkach kandydatów z lokalnym doświadczeniem. Jeżeli któryś z agentów migracyjnych roztacza przed wami wizję sielsko-anielskiego żywota w Perth, to was oszukuje.

Uwaga: Piszę na podstawie własnych doświadczeń pracy w branży inżynieryjnej (naftowej i górniczej). Polak potrafi, wierzę w to! Jeżeli masz inny fach w ręku, głowę pełną pomysłów i chcesz zmieszkać w Perth, nie wahaj się! :)

Decydując się na przeprowadzkę do Sydney wiedzieliśmy, że tutejszy rynek pracy oferuje o wiele więcej możliwości rozwoju zawodowego. Rozmawialiśmy z ludźmi, którzy już tutaj mieszkają oraz śledziliśmy ogłoszenia pojawiające się w internecie. Rzeczywiście bardzo szybko, zarówno Piotrek, jak i ja podpisaliśmy umowy o pracę. Zgodnie przytakujemy, kiedy ktoś nas pyta, czy wyjazd do Sydney był dobrą decyzją. Istnieje całe mnóstwo planów na rozbudowę miasta i zmian zagospodarowania przestrzennego. W centrum Sydney wyburza się stare budynki, aby zastąpić je nowymi, jeszcze wyższymi. Drogi, budownictwo komercyjne i mieszkaniowe, lotnisko, nowa linia kolei miejskiej, projekty telekomunikacyjne – brzmi dobrze, prawda? To wszystko sprawia, że przez następne kilka lat to Sydney będzie atrakcyjnym rynkiem pracy, nie Perth. Tylko w lutym tego roku moja korpo zatrudniła pięć osób z Perth. Poziom wynagrodzeń jest porównywalny do Perth. Ponownie pojawia się reakcja łańcuchowa: jest praca, przyjeżdżają ludzie, rośnie zapotrzebowanie na wszelkie usługi i produkty. Tak to działa, w każdą stronę.

Nieruchomości

W przypadku nieruchomości pojawia się kolejna rozbieżność. W związku z kryzysem gospodarczym w Australii Zachodniej, populacja Perth zmniejszyła się z 2 do 1,8 miliona ludzi. Wiem, że wielu z Was marzy o Australii, ale nawet stąd ludzie czasem wyjeżdżają. Skończyła się era pracowników FIFO (fly in – fly out), którzy byli najlepszym źródłem dochodu dla właścicieli nieruchomości. Ludzie nie rzucają się już na aplikacje o wynajem mieszkań i domów niczym głodne wilki. Ba, dobrze jest, jeżeli na horyzoncie w ogóle pojawia się ktoś zainteresowany. Obecnie jest świetny czas, żeby nieruchomości w Perth kupować, nie sprzedawać. Już we wrześniu 2014, kiedy szukaliśmy mieszkania do wynajęcia, byliśmy często jedynymi zainteresowanymi. Nie mieliśmy więc problemu, żeby znaleźć to, co nam najbardziej odpowiadało. Kilka miesięcy później właściciel próbował mieszkanie sprzedać, nie było jednak żadnego zainteresowania pomimo, że dwukrotnie obniżał cenę.

W Sydney odwrotnie, ceny nieruchomości paraliżują. Przynajmniej mnie :) Mieszkanie, które wynajmujemy – około 70 m2, trzydziestoletni budynek, blisko stacji pociągu i centrum handlowego, pół godziny od centrum miasta jest warte w Sydney $800000 AUD, podczas gdy w Perth takie mieszkanie można kupić za co najmniej połowę mniej. Wynajem mieszkań w Sydney jest droższy o około 30% niż w Perth. Nowe budynki mieszkaniowe w Sydney, zazwyczaj wieżowce, powstają jak grzyby po deszczu. Wspomniane wcześniej zmiany zagospodarowania przestrzennego polegają najczęściej na wyburzaniu dwupiętrowych bloków lub starszych domów, aby deweloper mógł wybudować kolejny wieżowiec z dziesięciokrotnie większą liczbą mniejszych mieszkań za o wiele większe pieniądze. Praktycznie większość mieszkań jest wykupiona jeszcze, zanim budynek zostanie oddany do użytku.

Dwa australijskie miasta, tak bardzo różne! Sentymentem darzę Perth, a rozum podpowiada Sydney… Które miasto wybrałbyś ty?

Opublikowano Australijskie realia, Emigracja, Moje życie w Oz | Otagowano , , , , , , , , , , | 16 komentarzy

Moja emigracja. Moja droga.

IMG_9514-1 (1024x683)

Wpis ten powstał w ramach Projektu nad Projektami Klubu Polki na Obczyźnie. Autorki blogów, Polki mieszkające w różnych częściach świata, prezentują historię swojej emigracji.

Moja historia… Siedzę i myślę… Może zacznę od początku. Do Australii przyleciałam w styczniu 2013. Nie mieszkałam wcześniej poza Polską i wyjazd do Australii wydał mi się zupełnie nierealny. Było to spełnienie marzeń mojego małżonka, nie moich. Cały wyjazd organizował on, nie ja. W Polsce wiedliśmy całkiem miłe życie i nie odczuwałam najmniejszej potrzeby, żeby to wygodne gniazdko opuszczać. Nie uznaję jednak sytuacji, kiedy jedno z małżonków wyjeżdża, a drugie zostaje. Nieważne, jak daleko – Wielka Brytania, Australia, Przylądek Kości Słoniowej, czy Katowice. Uważam, że jeżeli wyjeżdżać gdziekolwiek, to tylko razem. Wyjazd poprzedziły godziny rozmów, podczas których tak przeplatało się z nie, ale wierna poglądom, że razem lub wcale zgodziłam się.

Pierwsze trzy lata spędziliśmy w Perth na zachodnim wybrzeżu Australii, a od stycznia 2016 mieszkamy w Sydney. Temat wiz i pracy odstawiam dzisiaj w najbardziej oddalony kąt i skupiam się na tym, jak wyjazd z Polski zmienił mnie samą.

Połowę drogi na lotnisko spędziłam ze spuszczoną głową, co chwilę sięgając po nową chusteczkę. Przez głowę przechodziły tysiące myśli z siłą tsunami. Do jasnej cholery, po co mi? Mimo, że nikt mnie do wyjazdu nie zmuszał, czułam się jak wygnaniec, jak gdybym już miała nie spotkać się ze swoimi bliskimi. Czułam, że droga do Warszawy to koniec wszystkiego. A powinnam przecież skakać pod chmury i z uśmiechem na ustach oznajmiać całemu światu, że lecę do Australii! Tylko, że ja wcale tego nie chciałam. Opuściłam to, co znałam na wylot, gdzie było mi dobrze na rzecz… no właśnie, na rzecz czego? Odpowiedzi nie znałam ja i nie znał jej mój mąż. On leciał do Australii z ciekawymi planami na życie, a mną targała niepewność, czy to się w ogóle może udać. Emigrację postrzegałam jako najgorszą rzecz, która kiedykolwiek mi się mogła przytrafić. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, jak ja bardzo tej emigracji potrzebowałam!

W jednym z wcześniejszych wpisów mogliście przeczytać, że podróże kształcą, a emigracja kształtuje:

Jeżeli do tej pory wydawało ci się, że twoje osobowość i charakter są już ukształtowane niczym gipsowy odlew, to zapraszam na drugi koniec świata. Warunki: kupujesz bilet w jedną stronę, miejscowość znasz wyłącznie z map google, nie znasz nikogo, nie wiesz, gdzie zamieszkasz zabrałeś jedną walizkę i chcesz w wybranym miejscu pozostać na zawsze. Zapewniam cię, że dopiero wtedy zobaczysz, jaki potencjał  w tobie drzemie, ile gór potrafisz przenieść, ile promocji znajdujesz nagle w marketach i jakie instynkty się w tobie obudzą.

Zdania nie zmieniłam. Co więcej, ten nowy świat otworzył mi okno z widokiem na nową siebie i specjalnie dla mnie przygotował nowe ścieżki do odkrycia. Czasem labirynty, gdzie niejednokrotnie chciałam uderzyć głową w mur, a czasem proste jak te na równinie Nullabor.

Czas sobie płynął, a ja z dnia na dzień czułam, że mogę więcej, niż mi się wydaje. A może po prostu nie doceniałam tego, co już umiem. Bałam się rozpoczynać wszystko od nowa, ale to przecież nie może być przypadek, że dzisiaj mieszkam w największym australijskim mieście, o którym marzą miliony ludzi. Przy każdym kolejnym małym sukcesie, strach topniał ustępując miejsca pewności siebie i determinacji w dążeniu do kolejnego celu. I to uczucie zdziwienia O, udało się?! My Polacy mamy niesamowite skłonności do umniejszania swoich osiągnięć. Zapewniam każdego z was – niepotrzebnie. Mamy się czym chwalić, a w Australii o osiągnięciach rozmawia się ot tak, zwyczajnie. W ten sposób doszłam miejsca, w którym mogę powiedzieć, że nie taka emigracja straszna, jak o niej piszą. Emigracja okazała się dla mnie szansą. Nie należy się jej bać, lecz chwytać! Co wy na to?

Jeszcze bardziej pokochałam podróże. W ciągu trzech i pół roku zdwiedziłam takie miejsca, o których mieszkając w Polsce mogłabym jedynie pomarzyć. A tu proszę, świat jest przecież taki różnorodny i piękny! Dzisiaj tu, jutro tam. Lecąc do Polski przemieszczam się w czasoprzestrzeni obserwując z błękitnej wysokości Australię, Azję i Europę i odnoszę wrażenie, że za każdym razem kula ziemska jest coraz mniejsza.

Mając przed sobą nieznaną przyszłość, doceniłam przeszłość. Uwielbiam latać do Polski i widzieć ją za każdym razem jeszcze piękniejszą. Mam najwspanialszą rodzinę, jaką sobie tylko można wymarzyć. Poziom polskiej edukacji i jakości usług znacznie przewyższają australijskie standardy, serio. W Australii też jest dobrze! Być może zostanę tutaj na wieki wieków, ale nie wykluczam, że kiedyś ponownie zamieszkam w Europie. Chcę zwiedzić Azję i marzę, żeby zatańczyć salsę na Kubie. Nie tęsknię, jeżeli chcecie o to zapytać. Emigracja otworzyła mi oczy na to, co się dzieje dookoła mnie. Tego nie widać w pudełkowym świecie, bo ściany ograniczają, kradną powietrze i promienie słońca. A ja chcę zwiedzać świat i poznawać go wszystkimi zmysłami. Na obczyźnie różnie bywa, wiadomo. Bywają złość, bezsilność i frustracja. Częściej jednak są przyjaźnie, radości małe i duże, oczekiwanie na spotkania i łzy wzruszenia. Dla takich chwil chcę żyć. Nic nie muszę, mogę wszystko. A do tego dorzucam chcę, lubię i potrafię - moje ulubione słowa. Dlatego świadomie wybieram emigrację. Emigracja jest kobietą, a kobiety są silne. Ja jestem silna. Za każdym razem, kiedy słyszę piosenkę Wielka woda Maryli Rodowicz, myślę sobie to przecież o mnie! Prowadź mnie, życie, tam gdzie muzyka gra!

Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej.
Na wszystkie moje pogody,
niepogody duszy mej -
trzeba mi wielkiej drogi
wśród wiecznie młodych bzów…
Na wszystkie moje złe bogi
niebogi z moich snów.

Oceanów mrukliwych
i strumieni życzliwych,
czarnych głębin niepewnych
i opowieści rzewnych…
Drogi białosrebrzystej,
dróżki nieuroczystej,
piachów siebie niepewnych
i ptasich rozmów śpiewnych…

I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra.
…nie daj mi, Boże, broń Boże, skosztować
tak zwanej życiowej mądrości,
dopóki życie trwa,
póki życie trwa.

 

Taka jest właśnie historia mojej emigracji moja droga.

Wasza obywatelka świata, Emilia Wójcik.

Opublikowano Australopitek pisze, Co w Perth piszczy, Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , , , , | 10 komentarzy

Przyjaźń na emigracji – przyjaźń bez granic?

Australo

Dzisiejszy post powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie. Tym razem blogerki, Polki mieszkające w różnych częściach świata piszą o przyjaźni. Jak zaprzyjaźnić się z ludźmi krajów, w których mieszkamy? Jak czas i nasza emigracja wpłynęły na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Pantha rei, czyli wszystko płynie. Ludzie przychodzą i odchodzą. Temat rzeka i jednocześnie bardzo indywidualna sprawa. Ilu ludzi, tyle przypadków wrzuconych do wielkiego wora dobrych i złych doświadczeń z przyjaciółmi.

Przylatując do Australii miałam niewielkie pojęcie o jej mieszkańcach. Wcześniej  jedynie naczytałam się książek Beaty Pawlikowskiej i Billa Brysona przedstawiające Aussies jako ludzi wiecznie szczęśliwych. Rzeczywiście, Australijczycy słyną w świecie ze swojego pozytywnego usposobienia. Chociażby nie wiem co się działo, wszystko jest no worries. Uśmiech na twarzy, ręce w kieszeniach i jest klawo. Czasami aż ciężko uwierzyć, że Australijczycy również doświadczają zmartwienia życia codziennego. Potrafią jednak spokojnie do tego podejść, a do tego pozostają mili i życzliwi, więc sprawiają wrażenie ludzi, których wszelkie problemy omijają szerokim łukiem.

Czy łatwo jest zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem? Mam nadzieję, że tak. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ mnie się to – jak dotąd – nie udało. Lubię Australijczyków, cenię sobie miłą i pełną szacunku atmosferę w pracy. Miło jest spotkać się na barbecue i przechylić kufel ze złotym napojem, jednak nazywanie tego przyjaźnią? W jednej ze swoich książek Agnieszka Perepeczko napisała, że nie lubi przyjęć w Australii, bo są nudne i pełne paplaniny o niczym. I mnie właśnie brakuje rozmów na poważniejsze tematy. W moim rozumieniu przyjaźni słowo friend jest nadużywane. Jest jeszcze mate, które może oznaczać zarówno przyjaciela, jak i kolegę. Australijczycy przyjaźnią się w pubach w piątkowe popołudnia, na babskich herbatkach i urodzinowych imprezach, ale kiedy kurtyna opadnie, każdy zabiera swoje zabawki i wraca na swoje podwórko. Mówiąc to mam na myśli, że Australijczycy są również ludźmi zdystansowanymi i jasno stawiają granice zażyłości międzyludzkiej. Podsumowując, uważam, że nie jest łatwo zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem. Mam kilku dobrych znajomych, ale do przyjaźni droga jest daleka.

Jednak musi być wyjątek, żeby potwierdziła się reguła. We wpisie o naszej podróży przez południe Australii pisałam o farmerach z Esperance – Dee i Evercie. Absolutnie wspaniali ludzie, którzy zaufali nam i otworzyli przed nami swój dom. Ludzie zupełnie odbiegający od australijskiego schematu zawierania powierzchownych przyjaźni. Miałam opory, żeby napisać o Australijczykach cokolwiek niepochlebnego, bo to naprawdę mili ludzie. Jednak w kontekście przyjaźni zupełnie inni niż Polacy. Po prostu.

Co ja na to? Długo myślałam, jak to skomentować. Nie mieszkałam w żadnym innym kraju, więc mogę się odnieść wyłącznie do Australii. Na podstawie swoich dotychczasowych obserwacji i doświadczeń sądzę, że w Australii o wiele łatwiej jest zawrzeć przyjaźnie w swoich kręgach kulturowych. Dotyczy to każdej grupy etnicznej. Nie tyle znajomość tego samego języka, lecz mentalność, zrozumienie zachowań, podobne zainteresowania, czy nawet pochodzenie z sąsiadujących ze sobą krajów sprawiają, że zdecydowanie łatwiej nawiązać znajomości i zyskać nowych przyjaciół. Na emigracji podświadomie poszukuje się ludzi podobnych do siebie, bo przecież swój do swego ciągnie. Zdarza się jednak również, że Polacy na emigracji od innych Polaków uciekają. Oczywiście, mają do tego prawo. Bo Polak oszukał, bo okradł i jeden Bóg wie, co jeszcze zrobił. Bywa i tak, jak wszędzie moi drodzy. Natomiast moi najlepsi znajomi i przyjaciele w Australii to właśnie Polacy i nie narzekam. Nie stronię, nie odwracam głowy i często wręcz zagaduję ludzi, kiedy słyszę język polski. Mnie więc emigracja do Polaków wręcz zbliża.

Czy mój wyjazd wpłynął na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Hmm… nie. Twierdzę, że przyjaźń nie zna granic, ponieważ świat jest już teraz naprawdę mały i dzięki technologii można pozostać w kontakcie równie często, jak będąc w Polsce. Gorzej tylko z odwiedzinami :)

Mam przyjaciół w Polsce, z którymi nie utrzymuję kontaktu codziennie, ale skoczę za nimi w ogień, jeżeli tylko o to poproszą. Mam też jedną jedyną przyjaciółkę, z którą rozmawiam częściej, niż z własnymi rodzicami. Taka klasyczna babska przyjaźń, jak z literatury kobiecej.

Poznały się w pracy, jedna nie znosiła drugiej przez x czasu, aż razu pewnego okazało się, że mają wspólną pasję, a teraz to już w ogóle żyć bez siebie nie mogą. Znacie to? Jesteśmy totalnie różne, zupełnie jak woda i ogień. Ona oddana matka, ja niespokojny duch. Ona opanowana bardzo, ja dużo mniej. Ona blondynka, ja brunetka. Gdyby złożyć jej górną z moją dolną częścią ciała, to byłaby z nas całkiem niezła kopia Jennifer Lopez. Nie umiem sobie wyobrazić, że będąc w Polsce nie zatrzymam się na Klasztornej we Wrocławiu na kilka dni. Poza tym za kilka miesięcy Justyna – matka Polka – przyleci sama do Sydney na trzy tygodnie. I za to ją cenię najbardziej – za dystans do siebie i do otaczającej ją rzeczywistości. (Na marginesie, pisząc ten post siedzę właśnie u niej w salonie :))

Dlaczego wam o tym piszę? Ponieważ przyjaźń traktuję z najwyższym szacunkiem. Umieszczam w jednej szufladzie ze zdrowiem, szczęściem i rodziną i jest dla mnie nie tylko wartością, ale i stanem świadomości. W ostatnim czasie przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” zmieniło się na „prawdziwych przyjaciół poznaje się w sukcesie”. Zgodzicie się? I tylko takich przyjaciół wam życzę, niezależnie od czasu, kręgu kulturowego i szerokości geograficznej.

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Emigracja, Klub Polki na Obczyźnie | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

5000 kilometrów przez cztery stany Australii, czyli podróż samochodem z Perth do Sydney

Już od dłuższego czasu rozważaliśmy przeprowadzkę na drugie wybrzeże Australii. Niskie ceny surowców spowodowały znaczne spowolnienie gospodarki Australii Zachodniej, w związku z czym firmy szukają oszczędności w postaci obniżania wynagrodzeń lub grupowych zwolnień i często wstrzymują nowe projekty. I tak naprawdę jedyną rzeczą która powstrzymywała nas przed wyjazdem z Perth była moja praca, ale skoro korpo mnie już nie potrzebowała, decyzja co dalej była oczywista – przeprowadzamy się do Sydney.

Jako pierwsze wypowiedzieliśmy umowę o wynajem mieszkania. Słowo się rzekło i nie było odwrotu. Klamka zapadła – dosłownie. Wiedzieliśmy, że meble sprzedamy, ale co z samochodem? Wysłać statkiem? Przetransportować koleją? Nie. Pojedziemy w podróż życia! 5000 kilometrów przez cztery stany Australii.

Trasa

Część dobytku zapakowaliśmy do Suzi, a resztę w pudła, które przyjaciele obiecali nam wysłać. Ponieważ przy okazji chcieliśmy zwiedzić kilka miejsc, całą wyprawę podzieliliśmy na kilka etapów. Każdy inny, wyjątkowy i bardzo australijski.

  1. Perth – Esperance

Za każdym razem, kiedy ktoś opowiadał o wycieczce do Esperance, ogarniała nas zazdrość, bo wszędzie mówią i piszą o śnieżnobiałym piasku na plażach i zapierających dech w piersiach krajobrazach. Dlatego postanowiliśmy zostać tu na kilka dni i zobaczyć te cuda.

Nie zawiedliśmy się. Urzekł nas bardzo zróżnicowany krajobraz. Plaże szerokie na kilkadziesiąt metrów, które znajdują się w corocznych rankingach najpiękniejszych plaż Australii i park narodowy Cape le Grand z wszechotaczającą zielenią. Kolejne wspaniałe spotkanie z przyrodą i nauczka, że nawet w Australii jednego dnia można wygrzewać się w +40 stopniach, a dzień później zakładać sweter i kurtkę, bo wiatr chce urwać głowę. Ba, przy tym wietrze można nawet chodzić po górach!

W Esperance nocleg znaleźliśmy u Everta i Dee. To prawdziwi aussie farmerzy, którzy z pokolenia na pokolenie z zamiłowaniem uprawiają australijską ziemię. Evert zabrał nas na wycieczkę po farmie opowiadając o uprawach i żniwach. Nie byliśmy w stanie ogarnąć wzrokiem granic działek i nie potrafię w wiarygodny sposób przybliżyć wielkości farmy. Podam więc liczby – 2500 hektarów ziemi, 6000 oleju napędowego zużywane w ciągu 6 dni, ileśdziesiąt tysięcy ton gryki i pszenicy sprzedanych przy użyciu aplikacji po ostatnich żniwach, 4000 owiec, kilka quadów i motocykli, a w przeszłości również i helikopter. Robi wrażenie? Na nas zrobiło piorunujące. Zakochaliśmy się w Esperance i przez chwilę rozważaliśmy kilkumiesięczny przystanek w tej niewielkiej mieścinie. Dee i Evert próbowali różnych sztuczek magiczek, aby nas przekonać, ale nie – plan był inny i postanowiliśmy jechać dalej.

  1. Esperance – Adelajda

Czy wyobrażacie sobie podróż przez nicość? Tak, że jesteście tylko wy, wasz samochód i opcjonalnie towarzysz podróży? Że macie wrażenie, że jedziecie i jedziecie i końca nie widać?

Właśnie czegoś takiego doświadczyliśmy podróżując przez równinę Nullabor. Odcinek pomiędzy Esperance i Adelajdą to w większości busz, czasami osady liczące kilkudziesięciu mieszkańców i stacje benzynowe oddalone od siebie średnio o 150-200 kilometrów. I to wszystko. Wiedząc, że przez najbliższe trzy dni dostęp do wody będzie mocno ograniczony, zrobiliśmy odpowiednie zapasy.

To była najbardziej nużąca trasa, jaką kiedykolwiek jechaliśmy. Człowiek jedzie x godzin i już nie wie, co ma ze sobą zrobić, żeby nie zasnąć. Już nawet znaki ostrzegające przed zwierzyną pojawiającą się na drodze znienacka nie pomagają. Za to w trakcie entej już godziny jazdy, kiedy wszystkie dotychczasowe metody na niezasypianie zawodzą, można odkryć w sobie nowe talenty, np. recytowanie wierszy lub śpiewanie. Wszystko, żeby tylko powieki się nie opadły.

Droga jest tak dłuuuuga i tak niewiele się na niej dzieje, że w kilku miejscach jest poszerzona, aby mogły na niej awaryjnie lądować samoloty. Pewnie kryje się za tym jakaś ciekawa historia, poczytam i wam opowiem.

Trzy dni jazdy od świtu do zmierzchu dawały nam się we znaki. Dojeżdżaliśmy możliwie jak najdalej, ale tak, żeby zdążyć przed zmrokiem i nocowaliśmy na polach kempingowych przy stacjach benzynowych. Dopiero od Port Augusta poczuliśmy powrót do cywilizacji. Mogliśmy powiadomić rodziny, że żyjemy i mamy się dobrze. Do Adelajdy zostało już tylko kilkaset kilometrów. Phiiii. Bułka z masłem.

W Adelajdzie spędziliśmy trzy dni. Kochamy poznawać lokalne historie, dlatego odwiedziliśmy Muzea Imigracji i Australii Południowej. Ciekawe, że prawie w każdym australijskim muzeum są wystawy o historii, sztuce i kulturze Aborygenów. Ta w Adelajdzie była jednak pewnego rodzaju podsumowaniem etapu podróży przez Nullabor Plain. Teren, który dla nas był jedną wielką plamą na mapie Australii Południowej, dla Aborygenów jest domem. Z dala od cywilizacji, z dala od ludzi, za to u siebie i wśród swoich. Rzeczywiście, dziwiliśmy się, skąd w buszu tyle kamieni ułożnych w coś na kształt granic. Zupełnie, jakby ktoś chciał się odgrodzić lub wyznaczyć swój teren. Piękne to!

Wracając do Adelajdy. Samo miasto wydało nam się mini kopią Perth, bez szaleńczych całonocnych imprez, ale bardzo miłe miejsce do życia i blisko do plaż. Nie spodziewaliśmy się, że Adelajda nas czymkolwiek zaskoczy, a jednak.

IMG_8592-1 - Kopia

Dzięki super fajnym rodakom poznaliśmy prawdziwą naturę miśków koala. Nieruchome i spokojne, puchate i z mięciutkim futerkiem. Takie je zawsze widzieliśmy w rezerwatach Australii Zachodniej. Dodalibyśmy również określenie, że leniwe, bo przez cały dzień przyczepione do eukaliptusów, najedzą się liści i śpią całymi dniami. Hah, do czasu, aż panu koala zbierze się na amory. I my właśnie na ten moment trafiliśmy. Wiecie, jak to wygląda? Pan koala wspina się po gałęzi powoli, z nadzieją na wiadomo co, aż tu wybranka chlast go przez łeb z otwartej łapy! A jakie słuchowisko! Co najmniej jak świnobicie u sąsiada w zagrodzie. Piski, wrzaski i charczenie. Uważaj mała, nadchodzę! To ty uważaj, mały szary skurczybyku! Summa sumarum tyle hałasu o nic, ale staliśmy przez kilka minut bez ruchu szczęśliwi, że mogliśmy to przedstawienie zobaczyć :)

Jedźmy dalej…

  1. Adelajda – Melbourne.

Nareszcie mogę to napisać. Odcinek trasy z Adelajdy do Melbourne był najpiękniejszą częścią naszej wyprawy. Kolejne trzy dni za kierownicą i dwa noclegi. Opuśliśmy Australię Południową i wjechaliśmy do Wiktorii. I to ciągłe uczucie, że nic nie musimy, nikt nas nie pogania, że jedziemy, bo chcemy. Takie chwile są nie do zastąpienia. Kolejny tysiąc kilometrów, z czego skupmy się na najważniejszych dwustu czterdziestu trzech. Trzy słowa – Great Ocean Road.

W klasycznym opisie z przewodnika turystycznego dowiecie się, że Great Ocean Road to malownicza trasa turystyczna wzdłuż oceanu, rozciągająca się od Warrnambool do Torquay. To prawda, ale nasza wersja przewodnika brzmiałaby tak: Great Ocean Road to 243 km drogi, gdzie zatrzymujesz się średnio do trzysta metrów po to, żeby wydać z siebie okrzyk zachwytu na widok coraz to nowych skał wynurzających się z groźnych wód oceanu. Każda ma swoje imię i historię. To trasy na długie spacery. To miejsce na mapie świata, gdzie błękit wody i biel fal z szumem odbijają się od wapiennych klifów o poszarpanych kształtach. To bryły, mosty i jaskinie uształtowane przez matkę naturę.

Great Ocean Road to również miejsce historyczne i największy pomnik w Australii, bo drogę zbudowali żołnierze, którzy walczyli podczas I wojny światowej. Ich trud jest dedykowany tym żołnierzom, którzy na froncie polegli. Pierwsze pomiary geodezyjne miały miejsce w 1918 roku, a cała budowa została ukończona w 1932 roku. W Muzeum Great Ocean Road w Lorne można obejrzeć wystawę-opowieść, jak przebiegała realizacja projektu budowy drogi. Szczerze polecamy!

IMG_9086

W połowie Great Ocean Road dojeżdża się do najbardziej popularnego miejsca Great Ocean Road – Dwunastu Apostołów. Najwięcej ochów i achów odija się echem od klifów właśnie tutaj. Pierwotna nazwa skał to Locha i Prosiaki… Ykhm, Ykhm… Przyznajcie, że Dwunastu Apostołów brzmi zdecydowanie lepiej. Jak tam jest? Pięknie! Może sam na sam z naturą sobie tutaj nikt nie pobędzie, bo ludzi dookoła nadzwyczaj dużo, ale ja uparcie twierdzę, że to idealne miejsce, żeby pobyć z samym sobą. Warto zatrzymać się na noc w okolicach Dwunastu Apostołów, na brzegu oceanu wykrzyczeć, co na sercu leży, podumać, powiedzieć dobranoc i następnego dnia wyruszyć w dalszą podróż.

IMG_8983

Trasa Great Ocean Road rzeczywiście przebiega w całości wzdłuż oceanu i oddaje całe piękno turystycznej części Australii. Po drodze mija się bowiem nadmorskie (nadoceaniczne?) kurorty z dziesiątkami pól namiotowych i hoteli. Plaże łączą się ze sobą, a z fal wynurzają się muskularne sylwetki surferów z burzą blond loków i deską pod pachą. Taaak, dokładnie tak, jak w filmach. Odcinek od Lorne aż do Torquay to najbardziej wietrzne plaże, gdzie regularnie odbywają się zawody surfowania. Jest to również miejsce, gdzie powstały kultowe marki sprzętu do surfowania – Curl Rip i Quicksilver – znacie? W Torquay kończy się Great Ocean Road i stąd już tylko 100 km do Melbourne.

  1. Melbourne – Sydney

Do Melbourne dojechaliśmy późnym wieczorem. Tym razem nie planowaliśmy zwiedzania miasta, ponieważ w Melbourne byliśmy już wcześniej, tylko jeden nocleg i w dalszą drogę. Dobrzy ludzie przyjęli nas pod swój dach i zaoferowali parking dla Suzi. I tutaj dostaliśmy niezłą nauczkę…

Przez całą drogę staraliśmy się wybierać miejsca, gdzie samochód można zostawić na noc w bezpiecznym miejscu, ponieważ część dobytku mieliśmy ze sobą. Byliśmy zmęczeni podróżą i ostatnią rzeczą, na którą mieliśmy ochotę, to ponowne wyciąganie gratów z samochodu tylko po to, żeby następnego dnia je upychać. Ściągnęliśmy jedynie rzeczy z dachu, ale bagażnika już nie odkręciliśmy. I to był błąd.

W budynku, gdzie mieszkają nasi gospodarze jest parking rotacyjny. Mieszkania mają przyporządkowane swoje mobilne miejsca, które sterowane elektronicznie przemieszczają się w pionie i poziomie i na swój samochód trzeba poczekać jak na windę. Na naszym miejscu parkingowym jak byk było napisane, że dozwolona wysokość samochodu to 1.82cm. Sprawdziliśmy wysokość Suzi z bagażnikiem – 1.85cm, ale wjechała do garażu bez większych problemów. I tak ją zostawiliśmy na noc, żeby sobie i ona odpoczęła.

Zorientowaliśmy się jednak, że z materaca zeszło powietrze i Piotrek jednak musi zejść ponownie do garażu po zapasowy. Długo go nie było… Okazało się, że w tym czasie ktoś inny parkował swój samochód i platformy przesunęły się tak, że dosłownie zdarły cały bagażnik i mocowania z dachu pozostawiając kilka widocznych wgnieceń na Suzi. Kosztowało nas to sporo czasu, bo znaleźć nowe części do bagażnika dachowego w niedzielny poranek nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Tanie to również nie było, ale cóż, za głupotę się płaci. Jeżeli Chińczyk w instrukcji użytkowania pisze, że 182cm to maksymalna wysokość, to tak jest i koniec. A my, jak statystyczni Polacy mądrzy po szkodzie :-)

Z nowym bagażem, jakkolwiek to zabrzmi, doświadczeń wyruszyliśmy w stronę Sydney. Niestety nie wystarczyło nam czasu, żeby jechać wzdłuż oceanu, chociaż tak bardzo chcieliśmy. Zwiedzanie wybrzeża na południe od Sydney zostawiliśmy sobie na następny rok, bo przecież chwilę w Nowej Południowej Walii zostaniemy.

Ostatnia nocka w drodze, ostatnia prosta i nareszcie dojechaliśmy! Sydney przywitało nas słońcem i… korkami, bo dotarliśmy popołudniu. Cali, zdrowi i szczęśliwi! Czy to koniec tej podróży? Wręcz przeciwnie – to początek nowego etapu w naszym życiu!

Dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli, którzy pomogli nam w tej wyprawie oferując dach nad głową i strawę. Dziękujemy tym, którzy otwierając nam drzwi do swojego domu sprawili, że poczuliśmy się w nim, jak u siebie. Dziękujemy Dee i Evertowi z Esperance, Elli z Adelajdy, Tomkowi i Korze z Melbourne. Jesteśmy Wam bardzo, ale to bardzo wdzięczni! Jowita i Piotr – dzięki Wam ujrzeliśmy nowe oblicze misiów koala. Odwiedzajcie nas w Sydney!

Wszystkim przyjaciołom dziękujemy za wsparcie i wiarę, że w Sydney czeka na nas coś dobrego. Tęsknimy za wami, ale odpowiadając  na pytanie, czy było warto było przejechać 5000km i cztery stany Australii mówimy 3 x TAK. Decyzja o przeprowadzce do Sydney była jedną z najlepszych i najpiękniejszych, jakie mogliśmy podjąć. Serio :-)

Opublikowano Australopitek pisze, Emigracja, Moje życie w Oz, Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 16 komentarzy

Wycieczka w Góry Błękitne i spotkanie z Trzema Siostrami

20160326_181218

*Wpis w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie Baśniowe postacie z naszych krajów* 

To były nasze pierwsze święta wielkanocne w Sydney. W tym roku postanowiliśmy zerwać ze staropolską tradycją wielogodzinnego gotowania, polerowania mebli na wysoki połysk i przystrajania domu kolorowymi króliczkami. Nawet pisanek nie było,  a menu niedzielnego śniadania ograniczyliśmy do białego barszczu i kromki chleba. W zamian za to podarowaliśmy sobie odpoczynek, spotkania z przyjaciółmi i wycieczkę, o której chcę wam dzisiaj opowiedzieć.

Uwielbiamy poznawać nowe miejsca. W wielkanocną sobotę pojechaliśmy na cały dzień w Góry Błękitne. Zaledwie półtora godziny jazdy samochodem z Sydney w głąb lądu i znika krajobraz miejskiej dżungli. Powietrze ma inny, świeży i chłodny zapach przyjemnie drażniący nozdrza. Wiem, że znowu jestem na łonie natury. I po raz kolejny zdaję sobie sprawę, jak wiele Australia oferuje nam, malutkim ludziom i jak wiele jeszcze jest w niej do odkrycia.

Góry Błękitne to pasmo górskie stanowiące część Wielkich Gór Wododziałowych. Park Narodowy Gór Błękitnych rozciąga się na obszarze około 1400 km² i jest wpisany na listę dziedzictwa światowego Unesco. Wiecie, jak pachnie eukaliptus, prawda? To teraz wyobraźcie sobie, że waszym oczom ukazuje się bajeczny widok gór i dolin pokrytych eukaliptusowym lasem. Możesz zerwać listek i poczuć ten zapach, poczuć radość, że jesteś w tym miejscu tu i teraz. Olejek eteryczny unosi się w powietrzu tworząc poświatę o delikatnie niebieskim zabarwieniu, stąd nazwa gór. Błękitne Góry o zapachu zieleni.

Większość ludzi swoje wędrówki po Górach Błękitnych rozpoczyna od spotkania z Trzema Siostrami. Nie tymi z dramatu Czechowa, chociaż takie było moje pierwsze skojarzenie (no co, jestem rusycystką). Nazwa najbardziej znanej formacji skalnej Gór Błękitnych pochodzi od legendy aborygeńskiej o o trzech dziewczętach – Meehni, Wimlah and Gunnedoo żyjących wśród plemienia Katoomba w dolinie Jamison.

trzy siostry


http://www.bluemountainstoursydney.com.au/

 Wszystkie trzy zakochały się w mężczyznach z sąsiedniego plemienia Nepean, jednak prawo nie zezwalało na zawieranie małżeństw z osobami spoza plemienia. Mężczyźni postanowili więc porwać dziewczęta, ale wtedy szaman z plemienia Katoomba w obawie o ich bezpieczeństwo zaklął je w kamienie. Wkrótce szaman zginął w walce, a nikt inny nie potrafił odczarować dziewcząt i przywrócić ich do świata żywych. Odtąd witają i rzucają urok na wędrowców Gór Błękitnych, bo kto raz Góry Błękitne zobaczy, ten jeszcze  zapragnie do nich wrócić.

Trzy Siostry

Podobnie było z nami. Wycieczkę rozpoczęliśmy od Echo point, gdzie Trzy Siostry witają ludzi dumnie prężąc się w świetle słońca. Stamtąd pokonaliśmy 900 schodów w dół – świetne ćwiczenie dla góro-maniaków! W drodze powrotnej to schody pokonały nas  :-) Ponadto całe mnóstwo tras pieszych o różnych stopniach trudności, góra-dół, góra-dół, góra-dół. I tak cały dzień, od wodospadów do punktów widokowych po to, aby na koniec wyciągnąć się na trawie, założyć ręce za głowę i stwierdzić, że jest się szczęściarzem mogąc to wszystko zobaczyć, dotknąć i poczuć.

Aby tak się stało, wycieczkę w Góry Błękitne należy dokładnie zaplanować. W jaki sposób?

Po pierwsze – sprawdź pogodę. Słońce za oknem w dzień wycieczki nie zawsze oznacza piękną pogodę w Górach Błękitnych. Pogoda w Nowej Południowej Walii bywa kapryśna i warto sprawdzić dokładne prognozy na wiarygodnym portalu.

Po drugie – zaplanuj ten dzień. Polecam wizytę w centrum informacji turystycznej (np. w Katoomba), gdzie dostaniesz mapy i obsługa podpowie ci, w którą stronę warto pójść. Powiedz, jakie masz oczekiwania – dzikie wspinaczki, czy też może po prostu spacer i grill ze znajomymi, a ktoś miły pomoże ci zaplanować trasę.

Po trzecie – zabierz odpowiednie buty. Nie bądź taki aussie i nie wygłupiaj się wspinając się po górach… w japonkach. Nieważne jak gorąco by nie było. Względy bezpieczeństwa to jedno, a drugie to nigdy nie wiesz, co za chwile wyskoczy spomiędzy drzew i krzaków. Pamiętaj, że to Australia, mate.

My zakochaliśmy się w Górach Błękitnych na tyle, że już planujemy powrót do Trzech Sióstr. To idealne miejsce na spotkanie z przyjaciółmi, na wspólną wędrówkę, rozmowy o życiu, na śmiech i na wspólny posiłek. Czy na wszystkie najpiękniejsze rzeczy, na które  zazwyczaj brakuje nam czasu… :-)

Opublikowano Pojechali! | Otagowano , , , , , , , , | 2 komentarzy